Urodził się 26 sierpnia 1910 r., gdy Polska była jeszcze pod zaborami. Cudem uniknął śmierci z rąk kolegi z wojska – Józefa Kurasia „Ognia”. O dawnych i współczesnych czasach oraz recepcie na długowieczność z Sebastianem Milanem z Czarnej Góry rozmawia Monika Para.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"10321"}
– Jakie było pana dzieciństwo?Urodziłem się w Czarnej Górze. Już jako małe dziecko musiałem pomagać na gospodarstwie, np. doglądać gęsi. Później chodziłem do szkoły w mojej miejscowości. Byliśmy pod panowaniem Austro-Węgier. Pani uczyła nas po węgiersku tabliczki mnożenia. Kiedyś zaśpiewała węgierską piosenkę, którą pamiętam do dziś, a później pytała, czy rozumiemy jej znaczenie. Wszyscy przecząco kręciliśmy głowami, a ona nam tłumaczyła: „Jeśli nie będziecie się uczyć i przychodzić do szkoły, to zawsze będziecie pracować dla kasztelanów, jak wasi ojcowie – za darmo i za głód”. Kiedy opuścili nas Węgrzy, staliśmy się Słowakami, a później Polakami. Nikomu nie przeszkadzało to, że uczymy się w słowackich szkołach, a w kościołach modlimy się w języku innym, niż polski.
– Pamięta pan I wojnę światową? – Tak, kiedy wybuchła, miałem 14 lat. Z mojej rodziny na wojnę wyruszyli tata i stryk. Pamiętam, że po wojnie ludzie czekali, wypatrywali, aż wrócą ich bliscy. Jedni szczęśliwie wracali, a inni, niestety, nie. Sąsiad nie wrócił i nie wiadomo, co się z nim stało. Kiedy byłem już starszy i wyruszyłem do Sanoka kosić łąki, to odkryłem tam wielką mogiłę z czasów I wojny. Był z nami człowiek z okolic Jabłonki, który zemdlał na widok grobu swego syna. Wykopaliśmy ciało zmarłego, udało się je rozpoznać po twarzy.
– Jak minęła pana młodość? Przed wojną, na początku lat 30. służyłem w wojsku w II Pułku Podhalańskim. Najpierw skierowano nas na 6 miesięcy do Sanoka, a później aż na Wołyń, na Ukrainę, 10 km od Równego – do miasta Wielki Żyteń. Tam patrolowaliśmy wioski, chronili je przed napadem. Nasze patrole składały się z 2-3 osób. Kiedy przyszliśmy na wartę do jednej z wsi, okazało się, że mieszkali tam Polacy. Zapytałem, dlaczego żyją tak daleko od ojczyzny. Jeden z rodaków powiedział, że ich przodków przywieźli tu carowie. Byli to potomkowie Polaków zesłanych m.in. od Jarosławia, Lublina. Uprawiali rzepę cukrową i tytoń. Jesienią nasi żołnierze pomagali im zbierać rzepę z pól. Zarówno Polaków, jak i Ukraińców, cechowała ogromna gościnność. W niedzielę, po kościele, zapraszali nas do siebie. Jedni drugim nie przeszkadzali, byli wobec siebie tolerancyjni. W 1934 r. skończyłem służbę wojskową. Kiedy wracałem do domu, w Krakowie dowiedziałem się, że wezbrana woda zerwała wszystkie mosty na rzekach w stronę Nowego Targu. Był to czas wielkiej powodzi. Nie wiedziałem, w jaki sposób dostanę się do Czarnej Góry. Na pierwszy uszkodzony most natrafiliśmy w Chabówce. Trzeba było przejść przez wodę i dalej dojechać pociągiem do Nowego Targu.
– Brał pan udział w II wojnie światowej?Tak. Mój tata też. Najpierw pojechałem do Sanoka, a stamtąd uciekałem przed Niemcami aż pod rumuńską granicę. Należałem do II Pułku Podhalańskiego. Mówiono, że Polska przegrała, że Litwa i Ukraina napadły na nas. Zostawiliśmy tam karabiny i zaczęliśmy uciekać. Pamiętam, że był z nami 19-letni chłopiec z Nowego Sącza, który wcześniej przewoził nam broń. Nazwał mnie ojcem. Ludzie mówili wtedy, że po co wojnę prowadzić, skoro oficerowie piją, hulają, a chudoba się bije. Po co wojna, skoro zwykły człowiek nie jest na niej nic wart? W pobliżu Sącza dowiedziałem się, że zginął mój sąsiad. Widziałem go martwego. Płakałem i całowałem jego twarz. Chciałem zapłacić kobiecie, która tam mieszkała, aby zorganizowała pogrzeb, ale ta powiedziała: Wojsko go pochowa. Nic nie dajcie, bo nie wiadomo, co będzie z wami. Nie byłem na całej wojnie i nie przeżyłem bezpośredniego starcia z Niemcami. Do domu wracałem z kolegami z Białki, Bukowiny, Jurgowa. Jesienią wróciliśmy do Czarnej Góry, moi rodzice i siostra kopali ziemniaki. Kiedy naszym oczom ukazała się moja rodzinna wieś, Jan Skupień z Białki zaśpiewał: „Dziesi tu, dziesi, ta moja dolina, w tyj dolinie bywo ta moja rodzina”. To było bardzo wzruszające.
– Jak żyło się ludziom dawniej? Czym się pan zajmował?Przed II wojną nie było nam źle. Ożeniłem się, gdy miałem 26 lat. Żona też pochodziła z Czarnej Góry, zmarła w 1990 r. Mieliśmy 3 córki i 2 synów. Po powrocie z wojska pracowałem na gospodarstwie. Hodowaliśmy świnie, 5 krów, 2 konie, 20 owiec. W późniejszych latach pracowałem też na Słowacji przy wyrębie lasów, sadzeniu drzew. Chodziłem pieszo pod węgierską granicę (droga zajmowała 2 dni) i kosiłem łąki. Gospodarze, u których pracowałem, mieli 200-500 owiec. Dawniej gazdowie pomagali sobie wzajemnie. Orałem pola gazdom z Białki, z Bukowiny, a później oni przychodzili do mnie odrabiać. Dziś „pracują” traktory, a ludzie rzadko ze sobą rozmawiają. Maszyny zastępują człowieka we wszystkich pracach w polu.
– Co pan myśli o czasach współczesnych?– Kiedyś ludzie bardziej się szanowali. We współczesnych świecie wszystko się przewróciło. Rządzący chcą wszystko zabrać dla siebie, i to im szkodzi. Kiedyś gazdowaliśmy, aby było co jeść, a dzisiaj na polach rosną krzaki, ponieważ nie ma kto pracować na gospodarstwie. To, co dzieje się w świecie, jest zasługą ludzi „uczonych”. My, zwykli gospodarze, wciąż chcielibyśmy „gazdować”. Dawniej pieniądze zarabialiśmy ciężką pracą. Żywiliśmy się tym, co sami wyhodowaliśmy. Dziś człowiek nic nie robi, a ma pieniądze. Są inne możliwości zarabiania, dlatego młodzi ludzie nie chcą pracować na gospodarstwie. Ja już się nie dowiem, co będzie dalej, bo nie będę żył 1000 lat (śmiech).
– Była pan za granicą? – Tak, w Ameryce. Wyjechałem tam po raz pierwszy w 1979 r., do syna. Podobało mi się w USA, ponieważ mogłem pracować. Mieliśmy dobre relacje z Amerykanami, a oni szanowali nas, Polaków. Tam dowiedziałem się, że Karola Wojtyłę wybrano na papieża. Meksykanie też cieszyli się, że głową Kościoła został Polak, mimo że nie uznawali Ojca Świętego. Ale moim zdaniem wszyscy jesteśmy równi. Narodowość ani wyznanie nie ma znaczenia.
– Jaka według pana jest recepta na długowieczność? – Nigdy nie byłem u lekarza i nie zażywam leków. Czuję się potrzebny swoim bliskim, chodzę na spacery. Uważam, że każdego trzeba szanować i nie robić mu krzywdy. Młodym ludziom zawsze mówię: nie wierzcie współczesnym „panom”, ale wierzcie w Boga, a on da wam szczęście i zdrowie, jak dał mnie. Kiedyś ktoś mnie zapytał: „Dziadku, jak długo będziecie żył?” Odpowiedziałem: „Tak długo, dopóki Pan Bóg pozwoli”.
0 0
Piękna historia:) Pozdrawiam i życze zdrowia.
0 0
widze, ze urodzaj na 100latków :-) wczoraj fetowalismy 100lecie cioci Wisi :-)
0 0
wszystkiego najlepszego dla pana:) oby pan żył jeszcze jak najdłużej:) pozdrawiam
0 0
Urodzony 1910, a jak wybuchła I wojna to miał 14 lat... mnie w szkole uczyli inaczej, ale może mnie źle uczyli :)
0 0
A wójt nasz kochany oczywiście z aparatem... nic nie robić tylko zdjęcia, prawda Sylwuś? Dobrze, że chociaż jedno w życiu robić umiesz...
0 0
Przecie tu nie fotografuje,ino cyto;D. Już niedługo zostanie mu tylko zdjęcia robić.
0 0
No coś z tą I wojną to trochę nie tak ale poza tym zdrowia,szczęścia i dobrej pamięci wypada życzyć :)
0 0
200 lat
0 0
Wszystkiego najlepszego wujek 1000 rokok zycio od kad was pamietam to scie sie nic nie zmieniol ico najepsze u was jest to zawsze prowde godocie i to sie
nigdy u wos nie zmieni. zdrowia gienek milon Frankow
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz