Najpierw porwali dla okupu, a potem brutalnie zamordowali swoją ofiarę. Wśród oskarżonej w tej sprawie czwórki bandytów jest Jan B. z Czarnej Góry.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"2023"}
Sprawa toczy się przed krakowskim sądem, dotyczy jednak wydarzeń sprzed 11 lat. Wtedy to biznesmen Grzegorz Sz.. z Bielska-Białej został porwany. Bandytów zachęcił fakt, że Grzegorz Sz. znalazł się na antyliście tygodnika „Wprost” najbogatszych w Polsce przestępców – Był tak bogaty, że planował nawet zakup wyspy – opowiada o biznesmenie Krzysztof Rutkowski, słynny detektyw, który wytropił porywaczy i zabójcę Grzegorza Sz.
Biznesmen nie wszystkie pieniądze zdobył legalnie, miał na swoim koncie wyłudzenia podatku VAT, był poszukiwany międzynarodowym listem gończym. Kiedy jego sąsiad Andreas M. znalazł informację o nim we Wprost, wpadł na pomysł, by go porwać dla okupu. Kombinował, że żonie nie będzie zależało na kontakcie z policją, więc bez problemu dostanie okup. – Odkopał swoją starą znajomość z Janem B. z Czarnej Góry, z którym kiedyś łączyła go sprawa handlu i przemytu srebrem. Grzegorz Sz. ukrywał się wtedy na Słowacji, a Jan B. miał tam bardzo dobre kontakty – opowiada Rutkowski.
Góral z Czarnej Góry skontaktował się z Mikulaszem Č., groźnym słowackim przestępcą. Jego ludziom udało się to, czego nie potrafiła policja. Odnaleźli biznesmena z Bielska i zgodnie z zamówieniem porwali. Grzegorz Sz. przetrzymywany był w okolicach Bańskiej Bystrzycy, potem przewieziony został w Tatry Niskie. Bandyci zażądali okupu 400 tys. marek niemieckich. Kiedy jednak zauważyli, że sprawą interesuje się policja, nie zgłosili się po okup pozostawiony w parku Jordana w Krakowie. Postanowili biznesmena zabić. – Zastrzelił go Mikulasz Č. Był tak pewny siebie, że zrobił to przy 2 świadkach. Ciało Grzegorza Sz. zakopał niedaleko Preszowa - opowiada Rutkowski, któremu żona biznesmena zleciła odnalezienie męża.
– Szybko wpadłem na słowacki trop i wytypowałem Mikulasza Č. jako porywacza. Kiedy moja wypowiedź na ten temat ukazała się w jednej ze słowackich gazet, Mikulasz Č. był pewny, że wkopali go mężczyźni, którzy byli świadkami zabójstwa. Zaprosił ich na swoje urodziny i tam zorganizował upozorowany zamach na siebie. Zlecił to płatnemu zabójcy. Jeden ze świadków zabójstwa Grzegorza Sz. został wtedy postrzelony, trafił do szpitala i tam, na szpitalnym łóżku snajper z budynku obok zastrzelił go. Do drugiego ze świadków strzały z broni maszynowej padły, gdy wychodził z dyskoteki w Preszowie. Cudem przeżył, ale wylądował na wózku inwalidzkim. Tak się przestraszył, że zaczął współpracować ze słowacka policją i ze mną. On opowiedział o wszystkim ze szczegółami i wskazał miejsce w okolicach Preszowa, gdzie ciało Grzegorza Sz. zostało zakopane - opowiada detektyw. Mikulasz Č., szef słowackiego gangu został skazany za zabójstwo, potem jednak w drugim procesie uniewinniono go. Świadek koronny wycofał się ze swoich zeznań, twierdził, że był do nich zmuszony przez funkcjonariuszy.
Krzysztof Rutkowski twierdzi, że przekazał wtedy wszystkie materiały na ten temat do prokuratury krakowskiej, nie wie, dlaczego sprawa została umorzona. Po kilku latach przerwy wznowiła ją Prokuratura Okręgowa w Gliwicach, był to odprysk innej sprawy prowadzonej w Warszawie. Akt oskarżenia przeciwko czterem organizatorom uprowadzenia, w tym przeciwko Janowi B. z Czarnej Góry, wpłynął z gliwickiej prokuratury do krakowskiego Sądu Rejonowego Krowodrza we wrześniu zeszłego roku, proces nie został jeszcze zakończony.
- Jan B. odegrał kluczową rolę w tej sprawie – mówi o bandycie z Czarnej Góry Krzysztof Rutkowski. - Brał udział w zorganizowaniu porwania, on nawiązał kontakt z gangiem słowackim. On przekonywał Mikulasza Č., że warto porwać Grzegorza Sz,. że będą z tego duże pieniądze – twierdzi detektyw. - To Andreas M., którego przyznanie się mam na taśmie, skazał Jana B. Pojechałem do Czarnej Góry, spotkałem się z Janem B., ale ten nie puścił farby, udawał, że nic nie wie o porwaniu – opowiada Rutkowski. – Ale w tym samym czasie do mojego samochodu, który zostawiłem przy barze w Czarnej Górze, ktoś wrzucił szmatę nasączoną benzyną i próbował podpalić – dodaje.
Sprawa w krakowskim sądzie nadal się toczy. Wszyscy świadkowie z Polski zostali już przesłuchani. Jak poinformował nas Rafał Lisak, rzecznik prasowy Sądu Okręgowego w Krakowie, nie przesłuchano jeszcze świadków ze Słowacji. – Jeśli wezwania nie będą skuteczne, najprawdopodobniej dojdzie do zorganizowania telekonferencji. Dlatego kolejna rozprawa na razie została odroczona, nie ma wyznaczonego terminu - informuje rzecznik. Dodaje, że areszty całej czwórki zostały uchylone.
Jan B. jako jedyny pozostał jednak w więzieniu. W czerwcu 2004 roku zakopiański sąd skazał go bowiem na pięć lat więzienia za przemyt 7 osób z Afganistanu. Obcokrajowcy mieli być przerzuceni do Niemiec, zostali jednak uwięzieni w Czarnej Górze, w domu Jana B. Byli bici, straszeni, przestępcy zabrali im wszystkie pieniądze i wyłudzili przelewy od ich rodzin w Moskwie i Norwegii. Dwójce więzionych cudzoziemców udało się uciec i powiadomić policję o sprawie.
Jan B. był bohaterem naszych artykułów już wcześniej. Pozwał redakcję do sądu. Zostaliśmy skazani przez Sąd Okręgowy w Krakowie między innymi za nazwanie go „bandytą”.
Beata Zalot
0 0
cytuję: dotyczy jednak wydarzeń sprzed 11 lat....
? Po 11 latach sprawa trafia do osądzenia??? To ja się do tego jednak nijak nie mogę przyzwyczaić ani zaakceptować...
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz