Najbardziej smakował im chleb ze świeżym szczypiorkiem. Praca w polu była dla nich zabawą. Zdobywali strome „brzyzki”, próbowali mówić gwarą i cieszyli się nieograniczoną wolnością.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"9916"}
– Było lato 1973 roku. Znalezienie wolnego miejsca noclegowego w Bukowinie Tatrzańskiej graniczyło z cudem. Wczasowicze wynajmowali u gospodyń każdy wolny kąt. W progu mojego domu stanęła pani i zapytała, czy może się tutaj zatrzymać na kilka dni. Jej 4-letni syn usiadł na łóżku i stanowczo odmówił dalszych poszukiwań. Był zmęczony. Przyjęłam ich do swojego pokoju, a sama przeprowadziłam się do kuchni. I tak już zostało. Pierwsze wakacje Grześ spędził z mamą, a później co roku, przez 10 lat, zostawał u nas już sam – rozpoczyna swą opowieść pani Maria.
Pani Maria, rodowita bukowianka, przez kilkanaście lat przyjmowała na wakacje dzieci z różnych stron Polski. Do dziś zachowały się w pamięci ich imiona – Ania, Bartuś, Marcin, Jaruś, Grześ, Michał – mieli nie więcej, niż 10 lat. Rodzice przywozili ich na początku wakacji i pozostawiali na dwa miesiące pod opieką gaździny. Opłacali cały pobyt, lecz nie była to zbyt wysoka kwota. Wszyscy domownicy mogli za to posmakować urozmaiconych posiłków, gdyż gospodyni gotowała obiady i podawała lepsze, niż w ciągu roku śniadania i kolacje. – Żywność mieliśmy tylko z własnego gospodarstwa. Przygotowywałam moim małym wczasowiczom „hałuski” z masłem i serem, „kluskę”, ziemniaki kraszone, rosół, placki ziemniaczane z serem lub jabłkami – wszystko domowe, swojskie. Mięso jedliśmy tylko w niedzielę. Pamiętam, że szczególnie smakował im chleb ze świeżym szczypiorkiem z mojej grządki – opowiada pani Maria. Gospodyni zaznacza, że wszystkim dopisywał apetyt. – Ojciec Ani (nie miała ponoć apetytu – przyp. red.) obawiał się, że gdy pozostawi córkę u gospodarzy, ona „umrze z głodu”, lecz gdy ją odbierał po dwóch miesiącach, dziewczynkę trudno było oderwać od talerza. Wszystko jej smakowało.
Gospodyni na jeden wakacyjny pobyt przyjmowała maksymalnie troje obcych dzieci. Miała syna i córkę. – Syn był starszy, miał 10 lat, kiedy po raz pierwszy zawitali do nas małoletni wczasowicze, więc też musiał się nimi opiekować. Rano przynosił świeże bułeczki, a w ciągu dnia pilnował, by nikomu nie stało się nic złego – pani Maria przekonuje, że przy takiej gromadce dzieci wystarczyła zaledwie chwila nieuwagi, by jeden z chłopców zdążył wejść po drabinie na dach lub poważnie skaleczyć się kosą. Czasami dochodziło między nimi do kłótni, a to ktoś rozpłakał się wieczorem z tęsknoty za mamą – wtedy trzeba było przytulić i pocieszyć. Na ogół nie było czasu na nudę. Gospodarz zabierał podopiecznych do lasu, rozpalał na łące ognisko i smażył ziemniaki. Zachwycone dzieci wracały z wycieczki, przynosząc bukiety polnych kwiatów dla kochanej „cioci”, która tak dobrze się nimi zajmowała. Pani Maria musiała odpowiednio urządzić pokój dla małych lokatorów. Wszyscy spali w jednej „izbie”, każdy miał swój własny kącik, czyli łóżko i taborecik i każdy jako ostatni chciał powiedzieć „dobranoc”. Pranie małych, ale jakże silnie zbrudzonych ubranek odbywało się co drugi dzień na podwórku, najpierw w dużej balii z wodą nagrzaną przez słońce, a później już w pralce „Frania”.
Codzienna toaleta miała miejsce w kuchni – każdy, kolejno, zażywał kąpieli. – Nie było bieżącej wody w domu, nosiliśmy ją ze studni. Nie było żadnych udogodnień i komfortowych warunków, a jednak dało się czerpać radość z życia. Mali wczasowicze jeździli z nami na furce siana, pozdrawiali wszystkich mijanych przechodniów. Próbowali mówić gwarą, wychwytywali poszczególne góralskie słowa, brzmiało to zabawnie. Mówili „swak” zamiast „swok”, a do mojej teściowej zwracali się „babko”, jak nasze dzieci, chociaż nie była ich krewną – wymienia „osiągnięcia” dzieci „ciocia”. Gospodyni, zwłaszcza w czasie wakacji, miała natłok prac na gazdówce. Musiała jednak ciągle „mieć na oku” podopiecznych i sprawiać, by się nie nudzili. Kiedy wybierała się do pracy w pole, mówiła „idziemy na wycieczkę”. – Pójście w pole było dla nich wycieczką, a moja praca zabawą. Pewnego razu ciężko pracowałam przy okopywaniu ziemniaków. Dzieci były już znudzone, chciały wracać do domu. Jedno z nich stanęło wówczas obok mnie i zapytało: „Jak długo jeszcze będzie się ciocia bawiła w tej ziemi?” – uśmiecha się pani Maria. Zdarzało się, że nie mogła nadzorować podopiecznych i wtedy polecała synowi, by zabierał ich na wycieczki. – Z Michałem, Anią, Grześkiem syn chodził do lasu, na borówki lub nad rzekę, popływać – opowiada pani Maria. – Najpierw rozpalał ognisko, aby ogrzać się po wyjściu z zimnej wody. Zanim jednak dotarł z nimi na miejsce, chłopcy „musieli” pokonać wyznaczone przez niego przeszkody. „Styrmali się” po stromym „brzyzku”, chociaż obok była ścieżka. Spadali z tej skarpy i płakali, ale nie poddawali się. Innym razem chcieli wspólnie zbudować tratwę i spłynąć na niej rzeką. Syn zaprowadził cała zgraję na Koziniec i tam rozpoczęli ręczne ścinanie drzewa. Trwało to tydzień, zanim gruby smerek upadł w przepaść. Uznali jednak, że to nudne zajęcie i budowa tratwy legła w gruzach. Ponieważ syn pani Marii był najstarszy, należało mu się bezwzględne posłuszeństwo. Sam jako dziecko podsuwał im różne pomysły. Kiedyś pokazał, jak można na czole zmiażdżyć borówkę i po chwili już wszyscy niemal w całości umazani byli na granatowo. – Był za nich odpowiedzialny i traktował jak rodzeństwo. Nie mógł odwiedzać swoich kolegów, ponieważ miał obowiązek opieki nad małym dziećmi, a tak naprawdę sam był jeszcze dzieckiem. Cieszył się, gdy już wyjeżdżali – Maria z sentymentem wspomina tamte czasy. Obserwując dzisiejsze wychowanie dzieci, zastanawia się jak to było, że jej syn sam, bez nadzoru dorosłych zabierał cudze dzieci nad rzekę. Wiedział o zakazie wchodzenia do głębokiej wody, dlatego kąpali się tylko w bezpiecznych miejscach. Nikt się nie utopił, nikt się nie zgubił.
Pomiędzy dziećmi góralskimi, a przyjezdnymi rodziła się szczególna więź. Te drugie wieczorami opowiadały o życiu w mieście, o filmach, o piłce nożnej. Cieszyły się u górali pełną swobodą i błyskawicznie wchłaniały tutejszy świat. Pani Maria nigdy nie narzekała, pomimo wielu dodatkowych zajęć i obowiązków, jakie spadły na jej głowę wraz z przyjazdem dzieci. Rodzice wczasowiczów doskonale wiedzieli, że oddali dzieci w dobre ręce życzliwej i odpowiedzialnej „gaździnki”, która cudze dzieci traktowała jak własne. Pani Maria doskonale pamięta ostatni dzień wakacji. – Co rok w dzień wyjazdu dzieci były wyjątkowo ruchliwe. W pośpiechu pakowały swoje rzeczy, nierzadko coś komuś się gubiło. Wyjmowały z książek zasuszone wcześniej czterolistne koniczynki lub wychodziły na łąkę, aby na koniec jeszcze je odnaleźć. Szukali szczęścia, by zabrać je z Bukowiny do siebie. A kiedy spakowani opuszczali progi mojego domu, oglądały się jeszcze za siebie i wołały na pożegnanie: „Ciociu my się jeszcze spotkamy! Jeszcze wrócimy!” – kończy swą opowieść „ciocia Maria”.
Dziś są już dorośli, założyli rodziny i mieszkają w różnych częściach Polski. Niedawno odwiedził panią Marię jeden z chłopców. Bez trudu rozpoznał dom, w którym niegdyś, jak wyznał gospodyni, przeżył najszczęśliwsze chwile swojego dzieciństwa.
Monika Para
0 0
mnie brakuje fotek z \"teraz\" czyli co z malymi letnikami dzieje sie obecnie, czy wracają czy wola Austrię na narty??
0 0
napewno wolą bo wiesz później wstawia na nasza klasę i co a tak Alpy wiesz...ja Tatry :-)
0 0
No to widze, że Bukowina mekką była dla rodziców chcących sie pozbyc latorosli by samemu móc pojechac sobie do Monte Carlo lub w najgorszym razie do Karlovskich Varów lub Varny. A dzieci najlepiej podrzucić gaździnie za psie dutki.
Takie samo spotkało wybitnego polskiego entografa pana Antoniego Kroha, całe dzieciństwo zamiast przyjemnie w Wrszawie spędził w Bukowinie
0 0
No raczej nie było wtedy przyjemnie (1948) poza tym i tak wrócił i mieszkał w Zakomanem i Nowym Saczu ..czyli nie było tak źle.
0 0
oo, widzę, że macie Państwo wspólne zainteresowania ;P
0 0
no ...oboje wolimy facetów :-))))))
0 0
W ten sposób zawiązywały się dozgonne przyjażnie. Wyjazd w Alpy bywa najwyżej dodatkiem do pobytu w Tatrach. A na \"Naszej Klasie\" można wypisywać różne rzeczy jeżeli ktoś snobuje.
0 0
Eva, a znalazłas juz swojego Adama?
bo ja ostatnio bywam swatką :-P
no i przyłączam sie do grona wielbicieli facetów :-)
0 0
co prawda nie Adam ale jest :-)))))
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz