Przed wojną porządne limuzyny miały opony z szerokim, białym paskiem. Dzisiaj samochody jeżdżą na niskich, szerokich kołach. Zmieniła się technologia produkcji opon i ich naprawy. O historii rodzinnego zakładu wulkanizacyjnego opowiada Andrzej Górz.
Andrzej Górz prowadzi zakład wulkanizacyjny przy ul. Ogrodowej w Zakopanem, a jego historia sięga 1936 roku. Przegląda teczkę ze starymi dokumentami. Są w niej rachunki, księga kontroli kotła parowego, różne zezwolenia i zaświadczenia. Wszystkie z dawnych, przedwojennych i powojennych czasów. Zakład założył dziadek Małgorzaty Górz, żony pana Andrzeja. – Dziadek Franciszek Wyroba przyszedł z Bibic, wsi podkrakowskiej, do Zakopanego – jak to przed wojną bywało – z butami na ramieniu – opowiada Andrzej Górz, który zna świetnie historię rodzinnego zakładu. – Zaczął pracować w masarni u Galicy, przy dolnych Krupówkach. W 1936 roku założył pierwszy zakład wulkanizacyjny na Kamieńcu w Zakopanem. Z czasem przyjął do pracy swojego brata Jana, który też piechotą przyszedł z Bibic – dodaje. Franciszek jeszcze przed drugą wojną światową dorobił się własnego samochodu. Gdy w 1939 roku polski rząd konfiskował pojazdy Franciszek Wyroba nie oddał auta dla wojska, tylko pojechał nim do Rumunii. Pracował jako kierowca. Z Rumunii wrócił w 1943 roku. Pod jego nieobecność zakład wulkanizacyjny prowadził jego brat. – Razem z Janem prowadzili wspólnie zakład do 1957 roku. Później bracia się rozstali. Dziadek Franek założył drugi zakład, który mieścił się w Turni przy ulicy Kościuszki. Wchodziło się do niego od tyłu domu. Dziadek do tego celu przystosował piwnicę. Miał tam kocioł parowy, ponieważ do niedawna technologia naprawy opon i dętek wymagała wysokiej temperatury – wyjaśnia pan Andrzej. W 1957 roku Franciszek Wyroba przyjął do pracy swojego zięcia, Stefana Zagoźcińskiego, który przybył pod Giewont z Kozienic, aby się uczyć w Technikum Budowlanym. Stefan po zdaniu matury, zanim ożenił się z córką Franciszka, zatrudnił się w jakimś zakładzie budowlanym. – Dziadkowi udało się namówić go, aby przyszedł mu pomagać w wulkanizatorni, chociaż kiedyś to była ciężka praca fizyczna – tłumaczy. Stefan, ojciec Małgorzaty, prowadził zakład aż do śmierci, do 1989 roku.
Górzowie poznali się, pracując w Spółdzielni Inwalidów. Małgorzata była na stanowisku plastyka dekoratora, a Andrzej był tzw. specjalistą małego transportu. – Żona mnie namawiała, abym pracował u jej ojca. Nie bardzo mi się to podobało, bo to była ciężka praca. Nie było takich urządzeń, jak dzisiaj. Używało się dwóch młotków, dwóch łyżek zwanych monterkami, a defektów było bez liku. W dzień się przyjmowało uszkodzone koła, a w nocy się naprawiało. Niekiedy było 200-250 kół dziennie. W końcu się zdecydowałem. Było to w 1980 roku. Dziewięć lat później stwierdzono, że Turnia grozi zawaleniem i przenieśliśmy się do domu przy ulicy Ogrodowej. To rodzinny dom mojej żony. Wybudował go dziadek, wspólnie ze Stefanem – ciągnie opowieść pan Andrzej.
Był taki czas w latach 80. ubiegłego wieku, że młodzi Górzowie mieli swój oddzielny zakład w Poroninie. Andrzej pracował w nim sam, pomagała mu Małgorzata. – Wieczorem, po późnym obiedzie, z żoną wracaliśmy do Poronina. Ja rozmontowywałem i później montowałem koła, a Małgorzata lepiła łatki – mówi.
Łatanie i bieżnikowanie
Przemysł oponiarski ma swoją długą historię. – Opona, jak opona, zawsze była czarna – żartuje mój rozmówca. – No, może nie do końca jest to prawdą. Przed wojną porządne limuzyny miały oponę z szerokim białym pasem – wyjaśnia. Na przestrzeni kilkudziesięciu lat technologia produkcji opon i ich naprawy bardzo się zmieniła. Dawniej naprawa odbywała się na gorąco, dzisiaj proces jest znacznie uproszczony i oponę czy dętkę łata się już na zimno, stosując specjalistyczne środki chemiczne. – Wulkanizacja jest to proces chemiczny, łączący gumę za pomocą siarki, na gorąco – tłumaczy pan Andrzej. – Taki proces technologiczny funkcjonował przez długie lata, u nas, w Polsce, do połowy lat 90. ubiegłego wieku – podkreśla. Łaty przyklejało się w temperaturze 150 st. C. Do tego celu wykorzystywany był specjalny kocioł parowy, w którym utrzymywane było ciśnienie 5 atmosfer, a wodę podgrzewało właśnie do 150 st. C. Tu nagrzewało się oponę do naprawy.
Dawniej zakład prowadził też bieżnikowanie opon. Dziś regenerację przeprowadza się pod ciśnieniem, stosując specjalną formę, i bieżnik jest dociśnięty równomiernie na całej powierzchni. Natomiast przed wojną była inna forma do nakładania bieżnika, która miała ograniczoną długość. Dlatego regenerowało się fragmentami. – Jeśli wulkanizator nie miał dobrego wyczucia, aby równo docisnąć bieżnik, powstawały „góry i doliny”. Później przy pomocy noża trzeba było wyrównywać – tłumaczy. – My się już nie zajmujemy bieżnikowaniem – dodaje. Dzisiaj regeneruje się głównie opony przeznaczone do samochodów ciężarowych, ciągników lub autobusów miejskich – ze względów ekonomicznych. Nowe opony są bardzo drogie. – Teraz boki opon do ciężkich samochodów są wzmocnione stalowymi nitkami, więc opłaca się je regenerować – wyjaśnia mój rozmówca.
Opony z dętkąNiekiedy do pana Andrzeja zaglądają właściciele zabytkowych samochodów, do których muszą być specjalne opony. Były wąskie i wysokie, a dziś się produkuje szerokie, o niskim profilu. Są jednak 2 firmy w Europie i 3 w Stanach Zjednoczonych, które zajmują się produkcją takich opon z białym paskiem, jak dawniej. – Do tych opon muszą być, tak jak kiedyś, dętki. Obręcze w starych kołach nie są przystosowane do opon bezdętkowych, na których teraz jeździ już 90% pojazdów. W klasycznych samochodach terenowych, które zmagają się z trudnym terenem, też się stosuje opony z dętkami – dodaje.
Czas naprawy opony znacznie się skrócił. Kiedyś klient musiał czekać ok. 2-2,5 godziny. Dziś trwa to około kwadransa. Zakładanie czterech opon, łącznie z wyważaniem kół, to zaledwie 7-8 minut. – Przy okazji targów motoryzacyjnych, zlotów czy wyścigów starych samochodów czasem robimy zawody. Rozmontowywanie koła, wyciągnięcie dętki, założenie nowej dętki i założenie opony trwa ok. 15 sekund – przekonuje Andrzej Górz.
Coraz częściej opony wypełnia się azotem, który jest gazem gęściejszym od powietrza. Dzięki temu znacznie wolniej przenika przez ścianki opony. Nie zmienia też objętości przy zmianach temperatury. – Mamy wytwornicę azotu, która ściąga go z powietrza i gromadzi gaz w zbiorniku – tłumaczy.
Sosnowa szpilka i siekieraPan Andrzej w swojej pracy spotykał się w różnymi klientami, które mieli dziwne wymagania. – Kiedyś przyjechała kobieta i prosiła, żeby jej naprawić pół koła, bo jest zepsute na dole, a na górze jest dobre. Połowa opony była zupełnie rozwalona i nie nadawała się do wymiany – opowiada Andrzej Górz. – Inny znów turysta, którzy przyjechał w zimie na wakacje, chciał, aby mu założyć łańcuch tylko na jedno koło. Pytam dlaczego i tłumaczę, że łańcuchy należy założyć na dwa koła. W odpowiedzi usłyszałem, że tylko lewe mu się ślizga, a prawe nie – śmieje się.
Były też niewytłumaczalne przypadki przebicia opony. – Wśród rekordowych defektów, na jakie trafiliśmy, było przebicie opony przez szpilkę z sosny. Igła przeszła przez bieżnik grubości około jednego centymetra, a do tego były jeszcze inne warstwy. Nikt tego nie potrafi wytłumaczyć – mówi ze zdziwieniem. Innym znów razem wulkanizatorzy znaleźli wewnątrz opony ciągnika całą siekierę ze styliskiem. – Kamienie czy gwoździe to standard. Zwłaszcza dawniej zimą, gdy posypywano drogi czym się dało. Przede wszystkim w popiele było dużo gwoździ, które zostawały ze spalonych desek, kawałków drewna – opowiada.
Rodzinny interesTeraz Andrzej Górz pracuje wspólnie ze swoim młodszym synem, Robertem. Starszy syn wyjechał do Stanów Zjednoczonych i w Nowym Jorku również pracuje w branży wulkanizacyjnej. U Górzów rośnie kolejne pokolenie zainteresowane samochodami. Jest to siedmioletni wnuk Tomasz, którego głównie interesują szybkie samochody produkcji amerykańskiej. Mimo to nie ma dnia, aby nie zaglądał do wulkanizatorni i nie starał się pomóc dziadkowi. Małgorzata zajmuje się całą administracją, sprzedażą, zamówieniami, bo zakład to nie tylko naprawa opon czy dętek. Pomaga jej w tym synowa. Tutaj zmienia się koła na zimowe i letnie. Można dobrać odpowiednie opony i je kupić. Dodatkowo Górzowie prowadzą stację kontroli pojazdów w Białym Dunajcu.
Jolanta Flach
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz