Nauczycielki, inżynierki, kosmetyczki, ekspedientki, pielęgniarki. Niezależnie od wykształcenia są szczęśliwe, gdy znajdą na Podhalu jakąkolwiek pracę.
Anna Tyriatko z Odessy jest jedną z nielicznych kobiet, które pracują na Podhalu w swoim zawodzie. Jest nauczycielką, uczy ukraińskie dzieci fizyki i matematyki. Pracuje w szkole w Czarnym Dunajcu. Cztery godziny dziennie uczy też dzieci online. Mieszka w budynku liceum w Czarnym Dunajcu z dwójką swoich dzieci, które - jak podkreśla - odnalazły się szybko w Polsce. - Lubią szkołę, po lekcjach spotykają się z kolegami na podwórku. Ja też staram się żyć tu normalnie, interesuję się kulturą, w wolnym czasie jeżdżę z dziećmi na wycieczki i poznaję okolice - opowiada. Nie ukrywa, że myślami jest w Odessie, gdzie została większość jej rodziny - mąż, siostra, mama, babcie, a nawet prababcia, która ma 110 lat. - Niczego nam tu nie brakuje, ludzie są bardzo dobrzy - podkreśla.
Początki dla niej nie były jednak przyjemne, o czym opowiada Jacenty Kaczmarczyk z Czerwiennego, który pojechał po nią do Zakopanego. Anna przyjechała z Krakowa, korzystając z jednej z prywatnych firm transportowych. Miała przy sobie tylko 37 dolarów. - Kierowca ją skroił, zabrał od niej wszystkie pieniądze. Tak się wkurzyłem, że pojechałem za nim, zastawiłem mu drogę i kazałem oddać część pieniędzy, grożąc wezwaniem policji - opowiada góral z Czerwiennego. - Polacy tyle dobra robią dla Ukraińców, a tu jeden taki cwaniak wszystko psuje - góral jeszcze dziś nie panuje nad emocjami.
Jacenty Kaczmarczyk ma żonę Ukrainkę. Nic więc dziwnego, że gdy tylko zaczęła się wojna, razem ruszyli z pomocą dla uchodźców. Na początku marca pojechali na dworzec kolejowy do Krakowa, skąd zabrali matkę, córkę i trójkę jej dzieci. Potem dojechała jeszcze kuzynka żony z dwójką dzieci. Kobiety były tylko kilka dni, poleciały do Hiszpanii, korzystając z darmowych lotów, o których żona dowiedziała się w ambasadzie. - Teraz mam siedem osób - matkę z dwójką dzieci i małżeństwo z dziećmi. Ten Ukrainiec przyjechał do Polski trzy godziny przed decyzją o zakazie wyjazdu z Ukrainy mężczyzn - opowiada góral. Odstąpił im dwa domki z kilku, które wynajmuje. Tylko w Wielkanoc miał problem, bo jeszcze przed wojną domki zostały zarezerwowane. - Umawialiśmy się, że coś sobie znajdą na te kilka dni, ale ostatecznie zabraliśmy ich do domu i spędziliśmy razem święta - opowiada. - To nie są bardzo biedni ludzie, mają swoje pieniądze, sami sobie kupują jedzenie - podkreśla.
W budynku liceum w Czarnym Dunajcu mieszkają oprócz Anny jeszcze dwie Ukrainki z dziećmi. Jedna z zawodu jest okulistką, ciągle czeka na zgodę polskiego ministerstwa, by mogła na Podhalu wykonywać swój zawód. Na razie pracuje u optyka w Czarnym Dunajcu. Świetnie radzi sobie druga z pań, która jest fryzjerką. Pracuje w Jabłonce, nie narzeka na brak klientek.
Większość Ukrainek niezależnie od zawodu wykonywanego w Ukrainie cieszy się tutaj z jakiejkolwiek pracy. Najczęściej sprzątają, pracują w hurtowniach i magazynach sklepów, w chłodniach. Na stanowiskach, na które nie ma chętnych Polaków i znajomość języka polskiego nie jest niezbędna.
Tułaczka Natalii
Natalia razem z dwójką dzieci z dnia na dzień musiała opuścić mieszkanie w Nowym Targu. - Po przyjeździe przygarnął mnie znajomy z Ukrainy, który już przed wojną pracował na Podhalu - opowiada. W zeszłym tygodniu przyjechali jego rodzice z Ukrainy. Dlatego kazał jej sobie coś szybko znaleźć. Natalia przyjechała z matką, ale ta już wcześniej postanowiła wrócić do domu. Natalia dramatycznie szukała nowego miejsca, na razie znalazła kolejny tymczasowy kąt. Pracuje w hurtowni odzieżowej. Jej dzieci (9 i 12 lat) uczą się online. Nie chodzą do polskiej szkoły. Nie ukrywa, że jej ciężko. Nie ma pojęcia, co będzie dalej
Szymon, właściciel mieszkania, które Natalia musiała opuścić, twierdzi, że jej nie zna. - Mam dwóch pracowników z Ukrainy, którzy u mnie mieszkają. Gdy wybuchła wojna, zapytali, czy mogą do siebie przyjąć znajomych, którzy uciekli z Ukrainy, zgodziłem się - opowiada. Dziś u niego i u matki mieszka ok. 25 uchodźców. - Cały czas jest ruch, jedni wracają na Ukrainę, inni znajdują tu pracę i stabilizują się. Część się wyprowadza, ale pojawiają się nowe osoby - opowiada. - Ja im jedzenia nie zapewniam, dlatego obiecałem, że jak dostanę obiecane przez rząd pieniądze, to im dam - zapewnia.
Z Gronkowa do Berlina
U Edyty Haręzy w Gronkowie od 4 marca była Alona z 4-letnim dzieckiem, u Gąsieniców z sąsiedztwa jej siostra Ola z czwórką dzieci, w tym z dwójką cudzych. 26 kwietnia obydwie kobiety wyjechały z dziećmi do Berlina. - Aż się popłakałam. Przyzwyczaiłam się do nich, stali się już naszą rodziną - przyznaje Edyta Haręza. Kobiety przyjechały z Odessy. Nie miały nic, jednak gronkowianie szybko zadbali, by im niczego nie brakowało. Przynosili ubrania, jedzenie, jedna z pań sfinansowała opał. Szybko znalazły pracę. Pracowały w nowotarskim Zakładzie Gospodarczym Zieleni i Rekreacji. Sadziły rośliny na rynku, rondach, pracowały na cmentarzu komunalnym. W Ukrainie Ola sprzedawała ryby, Alona była kosmetyczką. - 4-letniego Timoszkę odwoziłam codziennie do przedszkola, z początku płakał, ale potem przyzwyczaił się. Łapał już polskie słowa. Do gronkowskiego przedszkola chodziła też 4-letnia Wika. Olena chodziła do szkoły, do czwartej klasy. Dziewczynki z jej klasy też płakały, gdy usłyszały, że wyjeżdża. Tylko dwójka 15-latków nie chciała chodzić do polskiej szkoły, uczyli się online. W Niemczech jest mama kobiet, która namówiła ich na wyjazd. Liczą, że tam dostaną mieszkanie, będzie im łatwiej. - Odradzałam im tego wyjazdu, to kolejna trauma fundowana dzieciom - uważa Edyta Haręza, która jest z kobietami w kontakcie. Wiedzą, że mogą wrócić na Podhale.
Górale to anioły
- Jesteśmy w Polsce już drugi miesiąc - opowiada Katia, która z siostrą Leną i dwoma córkami trafiły do Waksmunda, do Małgorzaty Garbacz. - Próbowałyśmy już w trzech robotach, teraz pracujemy blisko domu, w Waksmundzie, jako pomoce kuchenne. Jesteśmy bardzo zadowolone. Właścicielka lokalu jest bardzo dobra, ekipa miła, wspaniały szef kuchni - mówią o załodze "Orchidei" w Waksmundzie. - Polacy to dobrzy ludzie, naprawdę nasi bracia - podkreśla Katia. - Rodzina, która nas przyjęła, to teraz nasza rodzina, czujemy się jak wśród swoich. Pani Małgorzata to nasz anioł - podkreśla. Na początku liczyły, że wojna szybko się skończy i wrócą do domu. Dziś mówią, że żyją z dnia na dzień. 18-letnia córka Katii dorabiała sobie przed świętami, myjąc różnym osobom okna. Miała też okazję pokazać to, co potrafi najlepiej i bardzo lubi - prowadziła warsztaty tańca w Zakopanem, z których dochód przeznaczony był dla uchodźców.
Jestem dumna z moich synów
Lelija mieszka w Ośrodku Wczasowym Natanael w Łopusznej. Pochodzi z Nikołajewa, miastem między Chersoniem a Odessą. - To miasto, które się nie poddało i nie padło na kolana przed rosyjską hordą faszystowską. Nasi żołnierze wytrzymają do końca, ale nie wpuszczą rasistowskich orków do naszego wspaniałego miasta - opowiada. Ma dwóch synów. Starszy jest na froncie, młodszy pozostał w mieście jako ochotnik. Lelija jest z nich bardzo dumna. Do Wielkanocy Lelija, podobnie jak inne mieszkanki Natanaela, nie miała pracy. Po artykule w Tygodniku Podhalańskim pojawiły się różne oferty, kobieta także z nich korzystała. Za pośrednictwem redakcji znalazła też pracę w Austrii, gdzie wybiera się ok. 10 maja. Będzie sprzątać dom i biuro.
Pytania bez odpowiedzi
Elena przyjechała z synem do Polski pociągiem ewakuacyjnym w połowie marca. Pochodzi z Nikopola. Nigdy wcześniej nie była w Polsce. Przed wyjazdem poprzez media społecznościowe zwróciła się o pomoc w znalezieniu tymczasowego noclegu do nowotarżan. - Byłam bardzo miło zaskoczona, gdy na moją prośbę odpowiedziało kilka osób. Trafiłam na wspaniałego gospodarza, który otworzył mi drzwi swojego domu i zaakceptował jak swoich. Zadbał o to, by było nam wygodnie, pomógł w załatwieniu wszelkich formalności - opowiada. - Gdziekolwiek się obróciliśmy, byliśmy traktowani bardzo uprzejmie i troskliwie - podkreśla. - Dzięki wolontariuszom dostaliśmy ubrania, jedzenie. Syn dostał w szkole wszystko, co niezbędne do edukacji - wymienia. Elena skorzystała też z bezpłatnego kursu nauki języka polskiego w szkole Anety Szymkiewicz "Słowotok". Znajomość podstawowych słów bardzo ułatwia jej kontakt. - Polacy, jesteście niesamowici - mówi.
W Ukrainie pracowała w przedsiębiorstwie rolniczym jako chemik w laboratorium. - Niestety w mojej specjalności na Podhalu nie ma dla mnie pracy. Szukam czegokolwiek. Podczas jednej z rozmów z potencjalnym pracodawcą zostałam zapytana, jak długo planuję zostać, czy warto mnie szkolić. Nie potrafiłam odpowiedzieć na to pytanie - podkreśla. Dodaje, że wiele kobiet chciałoby pracować, ale nie ma z kim zostawić dzieci.
Rekruter szuka pracy
Natalia przyjechała z Charkowa ze swoja mamą i najmłodszą, 7-letnią córką. - Mieszkaliśmy na Saltówce, to w tych okolicach, gdzie rozpoczęły się ostrzały, które trwają do dzisiaj. Spędziliśmy cztery dni w piwnicy szkoły, gdzie nie było ani światła, ani wody. Nie można się było nawet wyprostować - opowiada. Nie mogła znaleźć nikogo, kto nie bałby się odwieźć ją na dworzec kolejowy. W końcu znalazła kierowcę. - W drodze na dworzec trafiliśmy pod ostrzał, trzy razy zmienialiśmy trasy. Córka płakała, matka modliła się, żebyśmy przeżyli - wspomina. Opowiada szczegółowo o trudach podróży. W zachodniej Ukrainie natrafiła na polskiego księdza, który znalazł im miejsce w Spytkowicach. Są tu od 11 marca. - Zostałyśmy przyjęte wspaniale. Mamy oddzielny pokój, jedzenie. Sąsiedzi przynieśli nam ubrania, bo nic nie miałyśmy. Rodzina, u której mieszkamy, pomogła załatwić PESEL, zorganizować dla córki szkołę - opowiada. Dzięki ogłoszeniu znalazła pracę w Piekielniku, zgodnie z wykonywanym w Ukrainie zawodem. Jest rekruterem. - Nauczyłam się jeździć do Jabłonki i do Piekielnika. Zdobyłam cenne doświadczenie w firmie. Pracowała przez miesiąc, do końca kwietnia. Znowu szuka pracy.
Intensywnie uczy się języka polskiego. - Codziennie wieczorem przez godzinę czytam po polsku - podkreśla. - Razem z rodziną, u której mieszkamy, gotujemy, dzielimy się obowiązkami domowymi, w niedzielę chodzimy do kościoła. To wielkie szczęście dostać się do takiej rodziny - podkreśla.
Czekamy na was w wolnej Ukrainie
Anna przyjechała do Nowego Targu z dwoma synami. - Trafiliśmy na Podhale, bo wspaniali ludzie - Krzysztof Radoszek i jego córka Barbara Radoszek-Zakrzyńska - zaoferowali nam swoją pomoc - tłumaczy. Opowiada o ich wszechstronnej pomocy. - Polacy to ludzie o ogromnym sercu - podkreśla. - Przez prawie dwa miesiące przebywania w Polsce ani razu nie usłyszałam chamskiego słowa o nas, o naszym kraju, o obecnej sytuacji. W każdej instytucji ludzie są bardzo grzeczni dla nas, cierpliwie wszystko tłumaczą - mówi. - Chcę was wszystkich przytulić i bardzo podziękować - mówi. - Kiedy wojna się skończy i wszystko odbudujemy, czekamy na was w naszej odnowionej i wolnej Ukrainie - kończy.
0 0
tyle roboty a chętnych brak. nie wiem kto pisze te artykuly ale to jakaś bujda. wystarczy zobaczyc ile jest ogloszen 'dam prace' na podhalu. tysiace. nikomu sie robic nie chce.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz