Musimy uciec od cierpienia w samotności. Razem naprawdę łatwiej pokonać przeszkody. Ten ból trzeba ukryć pod warstwą radości.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"4838"}
Drewniany kościółek, wszyscy chwytają się za ręce, by zaśpiewać razem pieśń. Dłonie duże – ojcowskie, mniejsze – matczyne i te najmniejsze. Niesamowita wspólnota. Sielanka. Tylko nikt nie potrafi przewidzieć, ilu z nich będzie tu znów za rok.
To pierwszy taki wyjazd, zorganizowany przez Domowe Hospicja im. ks. Tischnera. Dla podopiecznych – ciężko chorych dzieciaków to często jedna z niewielu okazji, by wyruszyć poza miejsce zamieszkania. Zobaczyć góry, pobawić się z innymi. Dla rodziców to też rzadka okazja, by oderwać się od łóżka ciężko chorej córki czy syna. Zapomnieć o codziennych masażach, pieluchach, karmieniu. Tym dziś zajmą się wolontariusze. I to wszystko aż przez dwa dni!
Niewielki malowniczy kościółek w Łopusznej tego dnia stał się miejscem niecodziennego misterium. Msza, wydawałoby się, jak każda, tylko od czasu do czasu słychać przejmujący kaszel. Ojciec dziewczynki na wózku nie wypuszcza z rąk dłoni córki. Masuje przykurczone palce, gładzi ją cały czas. jakby chcąc wykorzystać każdą sekundę, by okazać dziecku swą bliskość. Misterium bliskości. Człowieka z Bogiem.
Trwając do końcaDoktor Jolanta Goździk jest jedną z założycielek Domowego Hospicjum. Pomysł pojawił się po tym, jak otrzymała list od matki opiekującej się swym chorym od 15 lat dzieckiem. Chciała, by do niej przyjść, porozmawiać. Sama nie mogła się ruszyć od chorego na krok. Kobieta radziła sobie doskonale, była najlepszą pielęgniarką, doskonale zapewniała mu też opiekę medyczną. Nie potrzebowała fachowej pomocy. Za to marzyła, by z kimś się spotkać, czy choć na chwilę wyjść z domu. Tak pojawiła się myśl, że to, czego chore dzieci i ich rodziny potrzebują, to zwykłe wsparcie, codzienna pomoc. Po prostu bycie razem. Po półtora roku od napisania listu pani Zosia poszła do fryzjera. Pierwszy raz od piętnastu lat. Był to pierwszy wielki sukces domowego hospicjum.
Powoli zaczęła się kreować wizja hospicjum. Chodziło też o inne znaczenie tego słowa. – Teraz, słysząc „hospicjum”, mamy przed oczami obraz kreowany przez media – to miejsce, w którym się umiera – zauważa lekarka. – A my chcieliśmy stworzyć miejsce, gdzie można się spotkać z przyjaciółmi, gdzie nie będzie ci ciężko. Staramy się, by nasze hospicjum było kolorowe. Musimy uciec od wizerunku cierpienia w samotności. Musimy przestać być sami. Trzeba zauważyć, że nasze dziecko jest chore, ale inne też są chore, może nawet ciężej. Razem naprawdę łatwiej pokonać przeszkody. Ten ból trzeba ukryć pod warstwą radości.
Ale jak można mówić o radości, patrząc na niknące w oczach dziecko? – Doświadczenie bycia z cierpiącym to jeden z najbardziej wzniosłych momentów. Na co dzień pracuję w zespole przeszczepiania komórek krwiotwórczych. Satysfakcja, wynikająca z osiągnięcia sukcesu, który jest możliwy w medycynie, jest mniejsza od satysfakcji płynącej z trwania do końca przy umierającym człowieku. To, co w nas pozostaje po jego odejściu, to dużo więcej, niż wtedy, gdy wypiszemy zdrowego pacjenta ze szpitalnego oddziału. To powie każdy, kto nie uciekł z takiego miejsca, kto przez to przeszedł.
Jednak pozyskanie kolejnych wolontariuszy do pracy w domowym hospicjum wciąż nie jest łatwe. Często nawet lekarze rozkładają ręce mówiąc, że się do tego nie nadają. Jedni – pytani o to – twierdzą, że są zbyt wrażliwi. Inni – przeciwnie – przekonują, że brak im niezbędnej wrażliwości. Czy tak naprawdę nie chodzi tu o zwykły,ludzki lęk? – Niektórzy boją się jakiegoś „skażenia śmiercią” podczas obcowania z ludźmi terminalnie chorymi. A przecież musimy sobie odpowiedzieć na pytanie, jak sami jesteśmy przygotowani do umierania. Bo nikt z nas nie wie, czy za godzinę, dwie będzie żyć. Mamy taką nadzieję, ale nasze losy nie są w naszych rękach. Dlatego powinniśmy pomagać tym, którzy oczekują od nas pomocy.
Widzę te twarze
Dr Goździk doskonale pamięta twarze swych podopiecznych z hospicjum. Wykonałam setki transplantacji. Twarze tych uratowanych ludzi mogą mi się już mylić. Ale twarze dzieci, w których odchodzeniu uczestniczyłam, będę miała zawsze przed oczami. I wcale nie napawają mnie one lękiem. To wspaniałe doświadczenia bardzo dorosłych rozmów nawet z małymi dziećmi. Pamiętam malutką, kilkuletnią Madzię z Rabki, która uczyła cały nasz zespół tego, jak „umierać” z dzieckiem. Jak można być z nim i być uczonym tego, czego ono od nas oczekuje. To było nasze doświadczenie na późniejszy czas w hospicjum. Czy my chcemy, czy nie chcemy – mamy to robić. Bo ktoś nas to tego przeznaczył.
Madzia powiedziała, że odchodzenie to coś bardzo kolorowego i nie ma tu miejsca na smutek, czerń. Na dwa tygodnie przed śmiercią wymalowała swą salę szpitalną wszystkimi kolorami tęczy. Stworzyła najbardziej cudowną, kolorową salę, na oknach było tyle kwiatów, ile tylko można było zmieścić. I codziennie wykonywała wszystkim makijaże. Cały zespół pielęgniarski i lekarski był przez nią malowany. Bo ona chciała ich widzieć kolorowymi. To było niesamowite doświadczenie tego, czego dzieci oczekują.
– To Madzia jest twórcą naszego hospicjum. Odchodząc, zostawiła nam obrazek – jest na nim ona, jako księżniczka, która trzyma parasol. Pod nim jesteśmy my – wymienieni z imienia, a nad nim leje deszcz i są burze. Madzia się nami ciągle opiekuje – dodaje Jolanta Goździk, dyskretnie ocierając łzę w oku.
Życie całkiem serioKaja Kornas jest wolontariuszką. Od dwóch miesięcy systematycznie spotyka się z Madzią i Jasiem. Chłopiec ma cztery latka, dziewczynka jest o dwa lata młodsza. Ona jest zdrowa. On urodził się z jednokomorowym sercem. I tak niemal codziennie ze swą opiekunką układają coś, śpiewają piosenki. Po prostu bawią się. – Ksiądz w liceum współpracuje z hospicjum – to on powiedział, że szukają wolontariuszy. Brakuje ludzi. Początkowo rodzice nie bardzo chcieli się zgodzić, bali się, że nie poradzę sobie z nauką, a przecież przyjechałam do Krakowa, żeby się uczyć. Ale przekonałam ich i nie żałuję. Każda chwila z dziećmi to dla mnie ogromne przeżycie – dodaje Kaja, uczennica drugiej klasy jednego z krakowskich liceów.
Do Łopusznej przyjechało ponad 40 dzieci z rodzicami i opiekunami. Patrząc na ołowiane niebo, wszyscy bali się, że to się nie uda – przecież dla wielu z nich zwykłe przeziębienie może oznaczać poważne komplikacje zdrowotne. Ale w sobotę zaświeciło słońce. Wszyscy zgodnie uznali, że to wstawiennictwo patrona fundacji – ks. profesora Józefa Tischnera. W końcu dzieci przyjechały do jego ukochanej Łopusznej. To musiała być więc niezapomniana wycieczka. I była. Podczas gdy dorośli po Mszy św. spotkali się w ośrodku kultury, dzieci pod opieką wolontariuszy bawiły się w ośrodku Natanael. Ale to nie jedyna atrakcja – część wypłynęła na wycieczkę statkiem po wodach Jeziora Czorsztyńskiego, inni dosiedli koni w stadninie w Łopusznej, niektórzy wreszcie mogli pojeździć na quadach w Dębnie. Cały pobyt w rodzinnej miejscowości Księdza Profesora zaplanowało i przygotowało stowarzyszenie Drogami Tischnera. I jak zgodnie wszyscy zapewnili, kolejne będą organizować co roku.
W sali GOK-u trwało w tym czasie spotkanie poświęcone hospicjum i osobie samego patrona. Pojawił się tu Jerzy Stuhr, przyjaciel Tischnera i członek Rady Fundacji Domowe Hospicjum. – Jako aktor, całe życie jestem podejrzewany, że udaję. Ale tu, w fundacji, są sytuację całkiem serio. Mam poczucie, że to najpoważniejsza rzecz, jaką w życiu robiłem… – zapewnia.
Józef FiguraOrganizatorzy spotkania dziękują za wsparcie: firmie „Żeglarstwo i turystyka” Lucyny Wolskiej – Jandura (wraz z ciocią Krysią), Stanisławowi Buła i jeźdźcom ze stadniny Łopusznej, właścicielowi wypożyczalni quadów w Dębnie, dyrekcji i personelowi ośrodka Natanael w Łopusznej, Szewczyk Travel Bogusława Szewczyka ks. proboszczowi Pawłowi Potocznemu, zespołom Łopuśnianie i Mali Łopuśnianie oraz dyrekcji GOK.
0 0
czapki z głów dla tych ludzi...
0 0
A ja Im życzę żeby wszyscy znów spotkali się tu za rok.... i jeszcze dłużej:):):)
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz