– Łańcuszek se przypraw do zowojni, dawoj śmiało, jedź, lejcami go – udzielał instrukcji jednemu z zawodników jego ojciec. Konkurs w zrywce drewna wzbudził najwięcej emocji podczas niedzielnej imprezy w Łopusznej.
Dla tych, którzy zwożą drzewo z lasu, takie zawody to pestka. Dlatego podczas tej konkurencji nie brakowało komentujących. – Ważne są umiejętności furmana i siła konia. No i skąd się zwozi drzewo – inacej się zwozi ze swojego lasu, inaczej z cudzego – objaśnił krótko jeden z waksmundzkich gazdów.
Konkurencja polegała na nałożeniu dwóch potężnych kłód na tzw. „karę”, zaprzęgnięcie do niej konia i zrobienie z takim ciężarem okrążenia. A wszystko na czas.
Emocje były wielkie. Łamały się dyszle, leciały siarczyste słowa, a czasem furmanowie próbowali dodać koniom wigoru batem, za użycie którego sędziowie jednak przyznawali punkty karne.
Wawrzyniec Kowalczyk z Gronkowa jako jeden z nielicznych, a może nawet jedyny, wystartował w ogóle bez bata. Mimo że wszystkie czynności wykonywał spokojnie, uplasował się na czwartym miejscu. Jak zdradził, konie zna dobrze, bo ma z nimi do czynienia od lat. – Ani bicz, ani krzyk to nie jest sposób, konia trzeba czuć, to zrobi wszystko, co człowiek chce. Gdybym jechał na Gniadym, to miałbym pierwsze miejsce, ale Gniady zrzuca zęby, nie wygląda okazale, więc przyjechałem z Miśkiem – tłumaczy.
Urodzonym koniarzem, i do tego z niemałym doświadczeniem „gazdowskim” jest – jak się okazuje –Maksymilian Fryźlewicz, syn nowotarskiego burmistrza. Mimo że ma dopiero 19 lat i chodzi do czwartej klasy technikum rolniczego, ma już swoją gazdówkę, a w łopuszniańskich zawodach startuje trzeci raz. – Mieszkam i gazduję u wujka Jędrola, na tartaku przy ul. Waksmundzkiej – zdradza. – Mam dwa konie, 30 owiec i świnie – wylicza. W przyszłości chce zostać weterynarzem.
– Jak by z babą miał takie tempo, to nic by z tego nie wyszło – komentował wiekowy góral start pierwszego z zawodników. Mimo że publiczności się dłużyło, Franciszek Baraniak ze swoim Miśkiem nie mieli najgorszego czasu. Krzysztof Matejczyk z Ostrowska zakończył udział w konkursie przy próbie nałożenia kłód na karę. Po trzeciej nieudanej próbie został zdyskwalifikowany. O tym, że nerwowość nie popłaca, przekonał się Stanisław Chodorowicz z Gronkowa, który zakończył udział połamaniem dyszla. Zamiast odprzęgnąć konia, jechał dalej. –Jak można jechać ze złamanym dyszlem, mógł konia przebić! – denerwował się jeden z doświadczonych gazdów. Podobne zdanie mieli sędziowie, którzy zdyskwalifikowali gronkowiańskiego zawodnika za narażenie konia na niebezpieczeństwo.
I koniowi, i Andrzej Babiarzowi z Bańskiej Niżnej fachowych wskazówek udzielał cały czas ojciec młodego furmana. – Łańcuszek se przypraw do zowojni, dawoj śmiało, jedź, lejcami go. Tak se go po dupie! – krzyczał do syna. – Hejta mały! – ustawiał konia.
Najlepszym spośród 12 zawodników, startujących w tej konkurencji, z bardzo dobrym czasem 3 minuty 10 sekund 75/100 okazał się furman z Łopusznej – Marian Kuchta, który wystartował z koniem Aresem. W nagrodę otrzymał chomąto, który ufundował prof. Marian Tischner, pomysłodawca zawodów w zwózce drewna.
Zanim wybiegiem zawładnęły potężne ogiery, można było podziwiać grację i zwinność o wiele mniejszych koni, startujących w skokach przez przeszkody. 25 koni z 7 stajni, w tym jednej zagranicznej (z Kieżmarka) i 28 zawodników. Najlepszą zawodniczką zawodów, która we wszystkich konkurencjach zdobyła najwięcej punktów, okazała się Katarzyna Skrzypczak z KS Bór Toporzysko, która startowała na koniach – Turbuj, Czar i From. W konkursie dokładności dla początkujących najlepszy był Słowak – Dean Litkowiec na koniu Aramis z rancza Czajka w Kieżmarku. W konkursie kl. LL dokładności z rozgrywką – Justyna Domagała na koniu Pył (niezrzeszona). W najtrudniejszych zawodach – tzw. jokerze – zwyciężyła Klaudia Zięba z rancza w Pcimiu na koniu „Pasja”.
Dla tych, którzy wytrwali do końca, było też coś dla podniebienia. Smakołyki były efektem wielkiej kulinarnej bitwy pomiędzy gaździnami i szefami kuchni. Bronią łopuszniańskich gaździn była kapusta z grochem, żeberka wędzone na kwaśnicy, moskole, swojski smalec i nalewka na miodzie. Po drugiej stronie barykady, stanęli zakopiańscy kucharze na czele z Sylwestrem Lisem, serwujący wykwintną kuchnię – przygotowali między innymi filet z pstrąga podany z ragout z płatków owsianych i kurek, pstrąga nadziewanego algami, kalafiorem, marchewką i cukinią czy udko z kurczaka nadziewane porami z ratatouille. Po bitwie strat w ludziach nie było, ale talerze i garnki świeciły pustkami i u jednej, i u drugiej załogi.
Beata Zalot
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz