Podczas wigilijnej wieczerzy do jednej miski zasiadali w siódemkę. Smak oleju lnianego będzie mu się zawsze kojarzył z Adwentem. A pierwszy prezent pod choinką dostał w Chicago.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"6987"}
Franciszek Nowak z Gronkowa w styczniu kończy 90 lat. Tak jak zmieniały się czasy, w których żył, tak i inne były święta – te przedwojenne, te za komuny, te spędzone w Chicago i te obecne.
Pamięcią wraca do dzieciństwa i lat 20 ubiegłego wieku. – To były casy biedy, dzieci pracowały, jak juz miołek z 5 roków, to pasłek owce, gęsi. Pierse buty dostołek na komunię, a wceśniej miołek kierpce usyte ze skóry z głowy bydlęcej, ale nie takie, jak dziś syją, ino proste, bez ozdób – opowiada. Pierwsze prawdziwe buty dostał na I komunię.– Jak byłek starsy, to z braćmi musiołek tłuc skole, odbieroł je potem dróźnik i płacił tacie – wspomina.
Na Wigilię czekało się z utęsknieniem, bo w Adwencie wszyscy pościli. – Jesce wceśniej jechało się do olejarni w Łopusnej i tam tłukło się siemie lniane. Ten olej jadło się w Adwencie i Wielkim Poście. Maściło się nim grule z kwaśnicom – opowiada. W Adwencie też wyrabiało się mydło, żeby się dobrze wymyć na święta. – Gotowało się łój, kości i dodawało sodę, a do mycia twarzy gotowało się jajka ze skorupkami i też dodawało się sody – przypomina sobie. Po zastygnięciu mydło krojono w kostki, używało się go mycia, ale także do prania ubrań.
W rodzinnym domu pana Franciszka dzień przed Wigilią robiło się już zaczyn, który kisił się przy piecu przez noc, by w wigilijny poranek zrobić z niego chleb, kołacze i babki. Kiedy mama zachorowała, w kuchni zaczął ją zastępować najmłodszy z piątki rodzeństwa – Franciszek. Musiał się nauczyć nie tylko piec chleby i kołacze, ale także szyć, prząść, robić na warsztacie sukno czy płótno.
Pod powałą wisiało w Boże Narodzenie drzewko, druga choinka, niewielka, stała na stole. Ozdobami były czerwone jabłka, ciastka wypiekane w foremkach i cukierki robione z ceresu i kakao, zawijane w kolorowe papierki. – W Mieście rodzice kupili jesce pore świecek, które zapalało się na choince tylko przy wiecerzy wigilijnej, potem juz nie, coby nie spalić domu – wspomina.
Kolację wigilijną, podobnie jak inne posiłki, cała rodzina spożywała z jednej miski. Wieczerza zaczynała się od modlitwy. Potem wszyscy dzielili się opłatkiem, moczyli go w miodzie i zjadali. Nie było zwyczaju składania sobie życzeń.
Na pierwsze danie był „śliwcok”. – Oddzielnie warzyło się śliwki, oddzielnie grule. Grule zalewało się śliwcokiem, kozdy polował na śliwki, pestki się odkładało i potem je tłukło, coby wyjeść środek. Bo to był rarytas, smakowało to jak orzechy – opowiada 90-latek. – Osobno gotowało się groch, osobno kapuste i grzyby i jadło się je oddzielnie. I to była cało wiecerza. Z kozdego dania odkładało się po 3 łyzki do garnka na bok, potem przynosiło się cebrzyk z sieckom, mieszało i dawało krowom. Koń tyz mioł święta, bo dostawol lepse siano – z potrowów – opowiada.
Jak już zwierzęta były nakarmione, a w domu posprzątane po wieczerzy, wychodził z braćmi przed dom. – Trzeba było zawołać na sąsiada „Gdzie będziecie len siać?”, ten miał odpowiedzieć: „Na roli, niech cię głowa nie boli” – cytuje. I był to zabieg, który miał gwarantować urodzaj w przyszłym roku.
Po pasterce każdy z braci szedł na podłazy. Franciszek z kolegami miał upatrzone dwa domy: Chodzilimy do Korca, gdzie były az 3 dziewcęta, i do Śliwy – gdzie były 2 panny – wspomina. W tym drugim domu wychodził sobie żonę – Stefanię. – My przychodziliśmy z ćwiartką wódki, gospodyni uskwarzyła nam na gęsim smalcu jajecznicy. Rodzice bardzo pilnowali wtedy panien, nawet ich dotknąć nie można było, szczególnie u Śliwy mama się bała o córki. Jak nos wyprowadzały przed dom, to sła za nimi, nie spuscała z oka – opowiada.
W pierwszy dzień Bożego Narodzenia nie można było nic robić, nawet pozmiatać izby. Jadło się to, co zostało z Wigilii. I nie wolno było nikogo odwiedzać. Za to krążenie po sąsiadach i rodzinie odbywało się w Szczepana, w drugi dzień świąt.
– Jak się pożeniłem, to juz te święta były inne, choć bieda dalej była. Miołek specjalistyczny piekarnik, wypiekałek rozmaite babki – i z kruszonką, i z serem. Bo sera się juz tak nie oszczędzało, coby go sprzedać – opowiada.
– Ślub ze Stefanią my brali w 1942 roku, znalimy się długo. Ale na randce bylimy tylko roz – w karcmie u Polaczyka w Mieście. Śli my z Gronkowa do Miasta na nogach, wypili my w karcmie ćwiartkę, jedzenia my nie kupowali, bo to juz było dla nos za drogie. I na koniec poślimy zrobić sobie zdjęcie do Morawca, to był jedyny fotograf w Nowym |Torgu – opowiada i na dowód pokazuje wykonane wtedy zdjęcie, rok przed ślubem.
– Piersy prezent pod choinką dostałek dopiero w Ameryce, ale co to były za święta, więcej się przepłakało z tęsknoty za rodziną – opowiada. Pan Franciszek był w USA trzy razy. Pierwszy raz w 1968 roku, w sumie za Oceanem spędził 8 lat. – Musiałek jechać, coby zarobić na spłatę długów i na adwokatów – opowiada. – Bo przede mną w Ameryce była moja baba. I jak wracała, wiozła na Batorym 15 worków towaru, to były głównie nowe rzecy, które posłali rodzinie ci, którzy ją tam do Ameryki sprowadzili. Jak wysiadła ze statku, wszystkie towary jej zarekwirowali, wzięli tyz syćkie pieniądze, które zarobiła – 1000 dolarów – opowiada. – Została uznano za przemytnika, a to wtedy były nie przelewki. Półtora roku my się sądzili z urzędem skarbowym. Zajęli nom dom i pole. Musiołek jechać do Ameryki, coby zarobić pieniądze na adwokatów i spłate kary, coby my nie zostali bez dachu. Półtora roku później przyszła amnestia, umorzyli nom sprawę, oddali pieniądze, ale towor przepod – wspomina.
A Ameryka? – Nie mogłem się napatrzeć, wszystko było bogate, kolorowe, Święta zaczynały się już dwa miesiące wcześniej. W Down Town była ogromna choinka, po ulicach jeździły kolorowe sanie, wszędzie słychać było kolędy. Ale same święta były krótkie i smutne, bo bez rodziny. Wigilia u znajomych, odpoczynek w pierwszy dzień świąt, a w Szczepana już do roboty – opowiada.
Za to dziś pan Franciszek nie może narzekać na samotność w Boże Narodzenie. Na wieczerzę wigilijną przchodzi do niego ok. 20 osób – dzieci, wnuki, prawnuki, a nawet praprawnuki, bo tych ostatnich ma już dziewięcioro. W drugi dzień z kolei on odwiedza syna w Nowym Targu. – Teroz obowiązkowo na Wigilii jest 12 potraw i prezenty są pod choinką. Adwent nie taki surowy. A całe święta bogate i obfite – mówi.
Beata Zalot
0 0
Życzę Redakcji TP i wszystkim forumowiczom spokojnych i radosnych świąt
Bożego Narodzenia i..... prezentów moc:):):):):)
0 0
o Anusia, witaj :-)
a tekst wspomnień powinien nauczyc wielu ludzi pokory, bo teraz sie żyje w dostatnich czasach ....
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz