To efekt siedemnastoletniej pasji zapoczątkowanej wycieczką licealistów. W 1993 roku nowotarżanin Michał Maciaszek po raz pierwszy stanął na Czerwonym Groniu, w miejscu dawnego obozu partyzantów AK.
Owocem siedemnastoletniej obsesji są dziesiątki rozmów, setki dokumentów, do których dotarł, a wreszcie wydana właśnie książka. Ale przede wszystkim układające się w całość zagmatwane historie ludzkie. Bo podczas wojny jeszcze bardziej świat nie jest czarno-biały. Nierzadko bohaterstwo miesza się z okrucieństwem, a słabość ze zdradą.
Nie złamali sięMichał Maciaszek właśnie opublikował książkę: „Od „Orła” do „Zawiszy”. Gorce 1943”, będącą efektem jego fascynacji historią gorczańskiej partyzantki. Choć pracował nad nią długo, zbierając dokumenty, a przede wszystkim rozmawiając ze świadkami tamtych wydarzeń, zdaje sobie sprawę, że wiele faktów jeszcze pozostaje niewyjaśnionych, a ich odkrycie może rzucić nowe światło na historię AK czy partyzantów Ognia.
Jednak tym, co wydaje się najcenniejsze w poszukiwaniach autora, były spotkania z uczestnikami tamtych wydarzeń. To daje nie tylko możliwość ustalenia czy weryfikacji kolejnych faktów, ale też pozwala wczuć się w tamte wypadki, przeżyć je raz jeszcze, zrozumieć tamte dramaty czy wybory.
Opowiadając o swej książce, Maciaszek przypomina bohaterów tamtych dni. Tych nieco bardziej znanych, a także tych niemal zupełnie zapomnianych. Bo kto pamięta o dziewiętnastoletniej Albinie Stołowskiej-Białoń, która ocaliła życie ukrywającemu się na Turbaczu Adolfowi Bałonowi ps. Ryś. Za to, że ostrzegła partyzanta, wkrótce potem została rozstrzelana przez mówiącego po polsku gestapowca. Innym bohaterem był Leszek Kudela ps. Artur, który został zatrzymany przez Niemców i trafił do zakopiańskiej katowni Palace. – Przypalanie mu uszu zapalniczką to tylko jedna z tortur, jakim był poddawany. Na jego oczach gestapowcy bili jego matkę. Potem była zmiana – matka musiała patrzeć, jak katują syna. Ale nie złamali się. Leszek Kudela został rozstrzelany na cmentarzu w Poroninie – przypomina autor książki.
Jedno ze zdjęć w książce przedstawia grupę młodzieży nowotarskiej – idą roześmiani ulicą, nie przypuszczając nawet, jaka przyszłość ich czeka. Jednym z nich jest Leszek Kudela.
…bo się wypowiadałemWśród rozmówców, z którymi dane było się spotkać autorowi książki, jest nieżyjący już ks. Józef Kochan ps. Krzysztof. To on odprawił Mszę św. w obozie na Czerwonym Groniu. Partyzanci, którzy go o to poprosili, nie wiedzieli nawet, że był on z naznaczenia kard. Sapiehy kapelanem AK. Ryzykując życie, udał się nocą do obozu, po czym w Wigilię odprawił nabożeństwo i wyspowiadał chętnych. Jak czas pokazał, choć sam wkrótce powrócił do Nowego Targu, cała historia o mało nie skończyła się też dla niego tragedią.
Kilka dni później Niemcy zaatakowali obóz, zaskakując partyzantów dowodzonych pod nieobecność Zawiszy przez Ognia. Dzień wcześniej „leśni” zeszli do Ochotnicy. Nie wiadomo do końca, czy oddział żandarmów i żołnierzy doszedł tu po ich śladach, czy przywiedziony został przez konfidenta. Dla księdza brzemienna w skutki okazała się ucieczka jednego z żołnierzy rozbitego oddziału Franciszka Cyrwusa ps. Kępa, który ukrywał się w rodzinnym Waksmundzie. Początkowo mieszkał w jednej z piwnic we wsi, żywiąc się tylko surowymi ziemniakami. Z czasem nocami wymykał się do domu. By nie pozostawiać śladów na śniegu, część drogi pokonywał przechodząc po płotach. W końcu zbudował sobie w domu kryjówkę z nadzieją, że przeczeka najtrudniejszy czas. Niestety, zauważyła go jedna z sąsiadek, a że język miała za długi – wiadomość dotarła też do Franciszka Kopcia, niemieckiego konfidenta, który wraz z Antonim Waksmundzkim złapał partyzanta i oddał go w ręce gestapo. Podczas tortur Kępa powtarzał tylko jedno zdanie „to nic, to nic… bo się wyspowiadałem”. Nie zdradził nikogo. 23 kwietnia 1944 hitlerowcy rozstrzelali go na terenie obozu koncentracyjnego w Płaszowie.
Słowa o spowiedzi skłoniły gestapowców do poszukiwań księdza, który dotarł do obozu. Liczyli, że ze spowiednika na pewno można będzie wycisnąć wiele informacji. Ks. Kochan zdołał się ukryć i po wielu perypetiach dostał się do oddziału AK „Mszycy”, przy którym pozostał do końca wojny. „Nowa” Polska też nie przywitała go jak bohatera – ks. Kochan dowiedział się, że poszukuje go NKWD i uciekł do Kanady.
Wrócił już jako emeryt, spędzić ostatnie lata w kraju. Właśnie w domu dla księży emerytów odnalazł do Michał Maciaszek. – To, że spotkałem księdza, to prawdziwy cud. Był wspaniałym człowiekiem, który chętnie oddawał każdą chwilę, by powspominać tamte czasy. Podczas rozmów z innymi partyzantami też widać było, że czują się z tym lepiej – dodaje.
Cień konfidentaKs. Kochan, podobnie jak większość bohaterów wydarzeń z 1943 roku, już nie żyje. Pozostały urywki wspomnień, jakieś zdjęcia, pamiątki. I ludzie, których zafascynowała historia sprzed blisko sześćdziesięciu lat. Maciaszek wraz z grupą członków Grupy Rekonstrukcji Historycznych „Podhale w ogniu” często zakłada partyzancki mundur, bierze w ręce replikę karabinu i idą w góry. Na Czerwonym Groniu odnajdują ducha tamtych wydarzeń. I nie pozwalają zapomnieć historii ludzi, którzy oddali życie za Polskę. Zapalą znicz pod świerkiem, na którym przybita jest skromna tabliczka upamiętniająca poległych w obozie partyzantów. I przeżywać będą tamte wydarzenia. By nikt nie zapomniał o bohaterstwie. Ale nie tylko – także o łajdactwie tych, którzy z różnych powodów gorliwie współpracowali z Niemcami. Tak jak konfident Karol Siuty, który nocą poznaczył w Waksmundzie drzwi domów, których mieszkańcy współpracowali z partyzantami. O 3 w nocy gestapo rozpoczęło drugą pacyfikację wsi.
Józef Figura
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz