- Gmina nikomu nic nie zabrała. Dostała Kamieńce od Kółka Rolniczego. Sprawę trzeba dokładnie wyjaśnić i nie posądzać urzędników o przekręty - komentuje spór o działki w Chochołowie Marian Walkosz, radca prawny gminy Czarny Dunajec.
O konflikcie Janusza Dziadonia z gminą Czarny Dunajec pisaliśmy tydzień temu.
Przeczytaj również: „Chochołów: Zabrali nam Kamieńce”
Po naszym artykule w Chochołowie oraz w urzędzie gminy zawrzało. - Nie powinno się fałszować historii i oskarżać gminy, że postąpiła niezgodnie z prawem - mówi Marian Walkosz. - Nie chcemy nikomu zabierać działek, i rozumiemy, że pan Dziadoń jest pokrzywdzony, ale działka na Kamieńcach nie należy do niego. To dobro gminne. Dodaje, że mieszkaniec Chochołowa rości sobie prawa do działki o powierzchni pół hektara, podczas gdy gmina ma do zagospodarowania jeszcze tylko 1 ha Kamieńców.
- Z dokumentów wynika, że w 1968 r. sołtysi Chochołowa upoważnili ówczesnego sołtysa do uwłaszczenia się na Kamieńce, aby zarządzał gruntami. Chcieli uregulować stan prawny Kamieńców, za które nikt nie płacił podatków. Mieszkańcy korzystali z ziem umownie, nikt nie miał przypisanej działki - wspomina jeden z mieszkańców, który chce zabrać głos w sprawie, prosząc o anonimowość. Gmina nie ma jednak dokumentów uwłaszczeniowych ówczesnego sołtysa. - Ludziom trzeba to wyjaśnić, bo posądzają gminę i wszystkich urzędników, że dokonali \"przekrętów\", a to nieprawda - dodaje. - Spadkobierców jest wielu, nie tylko pan Dziadoń. Gdyby dziś wszyscy zaczęli dzielić Kamieńce, to każdy otrzymałby niewielki kawałek ziemi. Tym bardziej pan Dziadoń nie powinien rościć sobie praw do półhektarowej działki - przekonuje. Jego zdaniem do niedawna nikt nie interesował się Kamieńcami, ponieważ były to mało atrakcyjne działki - bez prądu, wody i kanalizacji. Od 1994 r. w planie zagospodarowania był to teren \"rolno-leśny z dopuszczeniem usług turystyki dla krótkotrwałego pobytu\". - Gmina wybudowała drogę dojazdową, teren został przekształcony na budowlany (w 2003 r. pod usługi publiczne - przyp. red.) i wróciło zainteresowanie - twierdzi chochołowianin. - Dlaczego gmina miałaby oddać jednemu właścicielowi pół hektara ziemi? Przecież to dobro całej wsi. Byłoby to krzywdzące wobec pozostałych spadkobierców. Dlaczego państwo Dziadoniowie nie uregulowali spraw własności kilkadziesiąt lat temu? - pyta.
Radca prawny wspomina, że Kółko Rolnicze w 1994 r. legalnie przekazało Kamieńce gminie, aby nie przejął ich skarb państwa. - Dobrze, że tak się stało, bo Kamieńce mógłby wykupić nawet ktoś z Polski i nic nie mielibyśmy do powiedzenia. Podkreśla, że nawet jeśli pokrzywdzeni mieszkańcy Chochołowa korzystali z działki przez kilkanaście lat, nie mogą przejąć jej przez zasiedzenie - drewno leżało na niewielkiej powierzchni, a działka nigdy nie była ogrodzona i nie sąsiaduje z ich terenem oraz nigdy nie doszło do wydzielenia posiadania.
- Od 30 lat mąż chodził do gminy, żeby uregulować stan prawny działki i wydzielić część, która do nas należy. Każdy wiedział, gdzie ma swoją część. Dlaczego gmina nie chciała prawnie przypisać pól właścicielom? Urzędnik przeważnie odpowiadał, że \"nie da się\" albo \"nie mam czasu\" - wspomina Maria Dziadoń, żona Władysława. - Nikt nie fałszuje historii. To pan radca nie zna dziejów Chochołowa. Chcemy odzyskać to, co nam się należy po Macieju Morawie, czyli działkę na wprost naszego domu, na Kamieńcach, i za remizą, na którą nie wiadomo dlaczego uwłaszczyła się przypadkowa osoba. Maria Dziadoń powołuje się na dokument z 1915 r., gdzie każdy z właścicieli Kamieńców ma wyszczególnione części, które do niego należą. - Na naszej działce do 2008 r. stała nawet kuźnia po Macieju Morawie - opowiada Janusz Dziadoń. Jako dowód pokazuje oryginalne pozwolenie z XIX w. na budowę kuźni. - Nikt z nas nie podpisał zgody, aby sołtys uwłaszczał się na Kamieńce w 1973 r. A jeśli gmina zna inną historię, to niech nam pokaże te podpisy - mówi Maria Dziadoń. - Wszystko odbywało się bez wiedzy sołtysów zarządzających Kamieńcami. Owszem, wydzierżawili Kółku Rolniczemu ok. 20 arów na barak, ale nie oddali działek. Dodaje, że tereny, którymi zarządzali sołtysi, były o wiele większe, niż dziś - sięgały m.in. poza rzekę. - Jeśli było 42 spadkobierców, to dziś mielibyśmy ok. 30 arów. Ale nie wiadomo, co stało się z pozostałą częścią pól - mówi Maria Dziadoń. - Dziwne jest też to, że w księdze wieczystej z 1967 r. kilkanaście stron uległo zniszczeniu - zachowało się 17 z 40. Widocznie komuś przeszkadzały i postanowił je zniszczyć - zastanawia się jej syn, Janusz.
mon
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz