Pamiętam łzy w jego oczach. Wcześniej taki chojrak z niego był – teraz wyszło dziecko.
Poniedziałek rano. Pokój pracowników socjalnych Ośrodka Pomocy Społecznej w Czarnym Dunajcu. Czas na przyjmowanie podopiecznych i szykowania się do wyjścia w teren. O ludziach, którzy tu przychodzą, nikt nie mówi „petent”. Brzmi okropnie. Zamiast tego jest pani Basia, pani Krysia – dużo lepiej.
W zeszły piątek obchodzili niemal przez nikogo nie zauważone święto – Dzień Pracownika Socjalnego. Były laurki, ciastko, podziękowania. I do pracy. A tu codzienny kontakt z biedą – tą materialną i nie tylko. Z nałogami, alimentami, bezrobociem i życiową niezaradnością. – To już jakieś zboczenie zawodowe – jak pojadę do innego miasta, to zamiast oglądać zabytki, widzę bezdomnych, żebraków, pijaków. Po prostu – na to w tym zawodzie cały czas trzeba zwracać uwagę – przyznaje Anna Schull.
Z rana przychodzą ci, którym atak zimy przypomina, że nie mają jeszcze węgla w piwnicy, inni przychodzą po ciepłą odzież, kurtki dla dzieci. Jednak pomoc nie przychodzi od razu.
Najpierw musi być wywiadCztery pracownice czarnodunajeckiego OPS-u mają podzielony między siebie teren 20-tysięcznej gminy. Każdej przypada po kilka wiosek. Muszą docierać na miejsce osobiście, by naocznie zmierzyć wielkość ludzkiej biedy. Papier nie wystarczy.
– Krążą czasem opowieści, że ktoś nie ma pracy, a ma rodzinę w Stanach. Żyje mu się dobrze, a do tego jeszcze dostaje zapomogi z pomocy społecznej – ale to mit. Przecież my widzimy jaka jest sytuacja, rozmawiamy z sąsiadami, robimy cały wywiad – zapewniają zgodnie.
Codzienne wyjazdy to trudny kawałek chleba – transport trzeba sobie załatwić samemu. A że ośrodek nie ma samochodu – pozostają dojazdy busami. Rozkłady jazdy znają na pamięć. Zanim się umówią, muszą sobie obmyślić trasę – tak, żeby wiadomo było, o której wyjazd, a przede wszystkim, czy zdąży się na powrotny kurs. No i musi być jeszcze czas na dotarcie do podopiecznego (bywa, że w odległym przysiółku), rozmowę i załatwienie formalności.
W sumie mają pod swoimi skrzydłami 220 rodzin potrzebujących pomocy – na każdą z nich przypada średnio 50 rodzin. W sumie aż 420 osób. Rozmiar biedy. – Czy bieda jest? Jest, widać ją. A przyczyną są często niskie zarobki i sezonowa praca. Ludzie pracują latem, a przez pół roku muszą szukać ratunku u nas. Do tego często robią na czarno i nie mają nawet ubezpieczenia – zaznacza Maria Kolkowicz.
Przyczyną ubóstwa może być też życiowa niezaradność, a nawet lenistwo. Na prace interwencyjne z trudem udało się zebrać 25 chętnych, a z nich prawie połowa się wykruszyła – zostało 13. Bo kto chce pracować dwie godziny dziennie, by dostać pensję 240 zł? Niektórym nie chce się, inni są zrezygnowani. – Może to i małe pieniądze, ale lepsze niż nic, niż siedzenie w domu – uważa Władysława Król.
Z motywacją bywa najgorzej. We wrześniu ruszyły szkolenia za unijne pieniądze. Trzeba było znaleźć 6 osób, do przeszkolenia na kucharza. Za darmo. Jeszcze można było dostać zasiłek, by opłacić opiekunkę do dzieci na czas nieobecności mamy w domu. Warunek był jeden – program obejmował osoby od lat bezrobotne. Statystyki podają, że w takiej sytuacji w gminie jest 145 osób. Ale 6 chętnych do szkoleń trudno było znaleźć. Na szczęście powiodło się, a panie są zadowolone, gdyż dostają nie tylko zawód, ale i unijny certyfikat, z którym można znaleźć dobrą pracę. – To nie jest brak dobrej woli, ale niewiara, że coś może się zmienić, że w życiu może być lepiej – zauważa Władysława Król. – Te osoby były bezrobotne od zawsze, właściwie nigdy nie pracowały zawodowo – tylko dom, dzieci, pranie, sprzątanie. Nie wierzyły, że opłaca się przyjść 2 razy w tygodniu, by zrobić kurs. I teraz dostrzegają szansę, że życie można samemu odmienić!
Problem jest z alkoholikami i ich rodzinami. Tu nie można dać pieniędzy do ręki, ale wpłacić do sklepu. Podobnie z węglem – trzeba przywieźć na podwórko. Bo każda zostawiona złotówka zostanie szybko zamieniona na alkohol. I nieważne, że głód, bieda, dzieci…
W tym roku do obowiązków pracowników socjalnych doszło także sprawdzanie sytuacji finansowej osób zalegających z alimentami. Trzeba zrobić wywiad, by komornik wiedział, czy może coś zająć. – W tym przypadku atmosfera jest nieprzyjemna, a zajęcie niewdzięczne. Przecież zwykle dajemy zapomogi, a nie pomagamy ściągnąć z kogoś pieniądze – przyznaje Maria Kolkowicz.
Rodzina za sześć tysięcySocjalni muszą myśleć o przyszłości, czasem nawet za swoich podopiecznych. Bo są tacy, którzy nigdy nie przyjdą poprosić o cokolwiek. Trzeba samemu sprawdzić, czy mają ciepłą odzież na zimę, opał, książki dla dzieci. Bywa, że po prostu nie wiedzą, że pomoc im się należy. – Kiedyś przyśniło mi się, że mój podopieczny nie ma węgla. Ne mogłam już zasnąć, cały weekend myślałam o nim i bałam się, czy ma zimno w domu. W poniedziałek pojechałam i poczułam ulgę – staruszek siedział w fotelu, a w domu napalone, cieplutko, że aż miło – śmieje się Władysława Król.
Kuriozalne są przypadki, gdy pracownik socjalny musi szukać rodziny zmarłego samotnie staruszka. Krewni, dostając telefon, zwykle nawet nie chcą słyszeć, że powinni zorganizować pochówek. Zabierają się do tego dopiero gdy usłyszą, że należy im się świadczenie pogrzebowe z ZUS-u. Cena odzyskanego pokrewieństwa to prawie 6 tys. zł.
Mówią, że nic ich już nie jest w stanie zaskoczyć – po 30 latach pracy widziały każdą biedę. Ale są historie, kiedy trudno pomóc, bo pomóc nie potrafią najbliżsi. Jak wówczas, gdy matka wyjechała do pracy na Zachód, pozostawiając czternastolatka pod opieką starszej siostry. Z chłopakiem już wcześniej nie potrafiła sobie poradzić, nie radziła sobie także jej córka. Gimnazjalista nie chodził do szkoły, zamykał się w domu z kolegami. Pił, a i coraz częściej przytrafiały mu się drobne kradzieże. Sprawą zajął się sąd, nakazując odstawić go do pogotowia opiekuńczego dla nieletnich. – Musiałam pójść do niego i namówić go, żeby otworzył drzwi i wpuścił mnie – wspomina Maria Kolkowicz. – Zaufał mi. Otworzył drzwi i wtedy policjanci go zatrzymali. Dla mnie to był załamujący widok. Pamiętam łzy w jego oczach. A wcześniej taki chojrak z niego był. Teraz wyszło dziecko.
Po staremuWszystkie podkreślają, że pracownikami społecznymi zostały przypadkowo. Ale po latach nie myślą o zmianie pracy. Nawet, jak nie słyszą na co dzień wielkich podziękowań. Za rok znów będzie święto, o którym prawie nikt nie będzie pamiętał. Kwiatek, laurka, dobre słowo od szefa. I powrót do starej biedy.
Józef Figura
0 0
Gratuluję takich pracowników socjalnych, w dzisiejszej dobie trudno o zrozumienie i pomoc w takich ośrodkach, które nazywają się OPS, to trudna i niewdzięczna praca, ale coraz więcej mamy biedy, patologi, nałogów i dzięki, że znajduje się jeszcze wśród tej znieczulicy grupa ludzi, która wyciąga pomocną dłoń, dzięki wielkie za Waszą prace.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz