Wymalował dach, założył nowe rynny, wziął pieniądze, a gdy zaczęły się pretensje – policji powiedział, że nigdy nie wziął się za pracę. A właścicielka może tylko patrzeć, jak złazi farba.
Pani Janina po ponad trzydziestu latach w Chicago chciała wreszcie spełnić swe marzenia i powrócić w rodzinne strony. Od kilku lat w każde wakacje przyjeżdża, by po trochu wykańczać wielki dom, którego budowę rozpoczęli rodzice jeszcze w latach 70. Dziś, choć wewnątrz są jedynie gołe ściany, z zewnątrz przyciąga oczy nowa elewacja, okna, drzwi i dach. I nikt nie widzi, że rynny są nie te, co powinny. Nie wiedziałaby o tym też pani Janina, gdyby nie ekipa robiąca elewację.
W poprzednim roku kobieta przyjechała na urlop do kraju z mocnym postanowieniem, że wymaluje dach. Jak tylko się rozpakowała, przewertowała ogłoszenia w Tygodniku, by znaleźć majstra. Zadzwoniła jeszcze w niedzielę, tego samego dnia przyjechał fachowiec. Policzył skrupulatnie – po 11 zł za malowanie metra dachu, 20 zł za metr zwykłej, ocynkowanej rynny lub 45 za fabrycznie malowaną. Pani Janina wybrała droższe rury przekonana, że farba latami nie będzie schodzić. Nie szukała nigdzie więcej, zapłaciła 500 zł i już w poniedziałek majster przyjechał z pomocnikami. Pierwszy tydzień malował dach, przez kolejny nie przychodził mówiąc, że rynny przygotowuje. Wreszcie zamontował w sumie 200 merów rynien. Dach wyglądał okazale, właścicielka zapłaciła za robotę blisko 10 tys. zł i rozstali się w zgodzie. Do czasu.
– Byłam pewna, że wszystko zrobił dobrze, no bo skąd ja mam się na tym znać – mówi rozżalona góralka. – Gdy przyszła druga ekipa robić docieplenie, zdjęli rynny i powiedzieli, że są ręcznie malowane i farba zaraz zacznie z nich schodzić. I rzeczywiście, jak zajrzałam do środka, to zobaczyłam zacieki – przecież fabrycznie takie nie mogłyby powstać! Aż mną zatrzęsło!
Zamiast zająć się reklamacją, pani Janina musiała wrócić do USA, bo kończył jej się urlop. Nawet nie doczekała, aż ekipa docieplająca skończy swoją robotę. – Przed wyjazdem jeszcze zadzwoniłam do niego, żeby przyjechał. Powiedział, że zamontował mi takie rynny, jak chciałam, a jak mi robotnicy zniszczyli rynny przy ściąganiu, to niech sami naprawiają. Na koniec rzucił, żebym go w d… pocałowała i odłożył słuchawkę.
Kobieta nie dała za wygraną. Już z Chicago wysłała pismo do prokuratury, opisując całą historię. Dołączyła też jedyny dokument, jaki posiadała – ręcznie sporządzoną przez majstra wycenę, którą napisał podczas pierwszej wizyty. Są podane ceny, powierzchnie, nie ma żadnego podpisu, ani nawet zdania o tym, że dekarz podejmie się pracy, ani który rodzaj rynien zamontuje. – A skąd mogłam wiedzieć, że muszę mieć jakieś rachunki, umowy. U nas się człowiek dogaduje, ekipa robi, płaci się i po robocie. Skąd mogłam wiedzieć, że będą takie problemy! – martwi się kobieta.
Pani Janina dostała wezwanie na policję w Nowym Targu. Pismo trafiło do Chicago już po wyznaczonym terminie. Zresztą i tak przecież nie poleciałaby, żeby przedstawić dzielnicowemu swoją wersję. Zresztą wszystko opisała. Policjant przesłuchał więc majstra, sporządził notatkę, a potem prokuratura odmówiła wszczęcia postępowania. Powód? Brak dowodów. Góralka w końcu otrzymała kopię policyjnej notatki. – Majster zeznał, że przyszedł, zrobił pomiary i wyliczenia i poszedł, nigdy nie wykonując u mnie żadnej roboty. Aż mnie dźgnęło pod sercem – wspomina.
„Nie przystała na tę cenę, powiedziała, że sprawdzi innych i powiedziała, że na dolary to teraz wszyscy lecą i zrobią jej tę samą robotę za pół ceny” – czytamy w policyjnej notatce. Majster przyznał, że przedstawione wyliczenie rzeczywiście on napisał, ale ponieważ właścicielka domu uznała, że żąda za wiele – rozstali się i nigdy więcej nie spotkali. Był zły, że zmarnował całe popołudnie.
– Z tego wynika, że on jest bardziej wiarygodny, niż ja – załamuje ręce kobieta. – Gdybym mu chociaż zdjęcie zrobiła przy pracy…
W prokuraturze dowiedziała się, że może wytoczyć sprawę z powództwa cywilnego. Ale zdaje sobie sprawę, że koszty, jakie poniesie, mogą być wyższe, niż odzyskane pieniądze za rynny. – Ja już wiem, że tego nie odzyskam, ale żeby chociaż ostrzec ludzi przed takimi sytuacjami… – mówi pani Janina.
Ewa Barczuk-Kałat, powiatowy rzecznik konsumenta, potwierdza, że właścicielka popełniła podstawowy błąd, nie zawierając jakiejkolwiek umowy. – Nawet jak się nie żąda faktury, to na początku trzeba sporządzić choćby odręczną umowę, podając, kiedy jest sporządzona, kiedy prace mają być zaczęte i zakończone, jaka jest cena i zakres prac! Tak samo trzeba wymagać pokwitowania odebrania wszelkich zaliczek czy honorariów. Bez tego – trudno nawet postawić komukolwiek zarzuty – radzi rzeczniczka.
Józef Figura
0 0
fach_offcy;-))
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz