Jedną z inicjatyw podjętych przez ratowników Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego było zorganizowanie w dniach 18-23 maja w Tatrach, w ramach jubileuszu 100-lecia, treningu śmigłowcowych technik ratowniczych. Oprócz naszych ratowników, którzy przygotowali i zorganizowali te zajęcia, uczestniczyli w nich również ratownicy górscy z Włoch oraz ze Słowackich Tatr Wysokich.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"4968"}
Pomysł zorganizowania takich warsztatów zrodził się w jesieni ubiegłego roku na Sycylii, gdzie trzech ratowników TOPR – Wojciech Mateja, Robert Kidoń i Maciej Latasz uczestniczyło w szkoleniu śmigłowcowym, zorganizowanym przez Soccorso Alpino Guardia di Finanza. Wówczas to, na pożegnalnej kolacji Wojtek Mateja wystąpił z propozycją zorganizowania podobnego szkolenia unifikacyjnego w naszych Tatrach, gdyż nadarza się ku temu okazja – 100-lecie TOPR. Po powrocie do kraju i zaakceptowaniu tego pomysłu przez zarząd i naczelnika TOPR, przystąpiono do opracowania programu tych zajęć, na które zaproszono ratowników PGHM z Chamonix, SAGdF z Włoch oraz ze Słowacji z HZS Vysoké Tatry. Z wymienionych nie dojechali Francuzi. Podstawowym celem wspólnego treningu było zaprezentowanie i przećwiczenie akcji z powietrza z użyciem techniki HEC (długiej liny). Techniki tej – oprócz ratowników TOPR – używają w górach tylko Szwajcarzy i niektóre załogi austriackich śmigłowców ratunkowych. Dodatkową korzyścią z tak zaplanowanego treningu miało być zapoznanie ratowników słowackich z naszymi możliwościami, ponieważ na podstawie porozumienia pomiędzy TOPR i HZS załoga toprowskiego śmigłowca może wykonywać akcje ratunkowe również na terenie Tatr Słowackich.
Program warsztatów był zaplanowany na 5 dni, w tym 3 szkolenia śmigłowcowego, 1 na szkolenie w jaskiniach oraz 1 na wycieczkę wysokogórską na Mięguszowiecki Szczyt Wielki. Pogoda i życie zweryfikowało nieco ten plan, jednak zasadnicza jego część została zrealizowana.
Zaczęło się od szkolenia jaskiniowegoW pierwszym dniu nie było dobrych warunków lotnych, prognozy pogody zapowiadały burze, zatem zdecydowano się na szkolenie jaskiniowe. Wybrano Jaskinię Czarną w Dolinie Kościeliskiej, do której dojście nie jest odległe i możliwe w każdych warunkach. – Dobrze się stało – zauważył Wojtek Mateja – że pierwszego dnia pogoda nie dopisała, gdyż przydało się takie szkolenie w jaskini. Standardowym przyrządem zjazdowym zarówno w jaskiniach, jak i na śmigłowcu, jest rolka Petzl Stop. Przejście Jaskini Czarnej do Szmaragdowego Jeziorka i z powrotem było, oprócz ćwiczeń na ściance w centrali, najlepszym treningiem naszych włoskich kolegów przed zasadniczymi zajęciami ze śmigłowcem. Ratownicy włoscy mają małe doświadczenie w technikach jaskiniowych, bo u nich ratownictwem jaskiniowym zajmuje się inna organizacja, natomiast kilku słowackich ratowników uczestniczyło już nieraz w szkoleniu w tatrzańskich jaskiniach, więc ich wyszkolenie w tym zakresie nie odbiega od umiejętności naszych ratowników. Według ratowników TOPR, rolka Petzl Stop jest najlepszym przyrządem zarówno do zjeżdżania w studniach jaskiniowych, jak i do desantowania się ze śmigłowca.
Ewakuacja poszkodowanych ze szlaku turystycznegoKiedy dojdzie do wypadku w górach, to najszybszym środkiem transportu rannego do szpitala jest śmigłowiec. Nieraz w ciągu kilkunastu minut poszkodowany może znaleźć się w ambulatorium zakopiańskiego szpitala. Ten szybki transport już niejednemu uratował życie. Opanowanie do perfekcji czynności przez zespół śmigłowcowy, w skład którego wchodzi dwóch pilotów, ratownik pokładowy i dwóch ratowników, tzw. „dołowych” (dla odróżnienia od pokładowego), którzy desantują się ze śmigłowca, a wśród nich często jeden jest lekarzem – jest niezwykle istotne i jest gwarantem szybkiego i skutecznego przeprowadzenia akcji. Dwóch naszych ratowników „dołowych” jest ratownikami medycznymi – Stanisław Krzeptowski Sabała i Maciej Latasz.
Zajęcia ze śmigłowcem rozpoczęto od zadań łatwiejszych – ewakuacji poszkodowanego ze szlaku turystycznego za pomocą wciągarki. Miejsca wybrano nieprzypadkowo – łańcuchy w Żlebie Kulczyńskiego i łańcuchy na Zmarzłych Czubach, oba w rejonie, gdzie na Orlej Perci zdarzają się wypadki.
Kilkunastometrowy zjazd zespołu dołowego na linie ze śmigłowca będącego w zawisie to kilkadziesiąt sekund, potem zaopatrzenie poszkodowanego i zapakowanie w nosze lub w trójkąt, a następnie ewakuacja wyciągarką na pokład to kilka minut i już śmigłowiec może wracać na lądowisko. Mieszane zespoły polsko-włoski i polsko-słowacki przeprowadziły taką akcję każdy w obu tych miejscach.
Nie był to jednak koniec zajęć. Po południu zadania były nieco trudniejsze, ale również związane z częstymi miejscami wypadków turystycznych, także w rejonie Orlej Perci. Jeden pozorowany był na trawersie Kozich Czub pod Kozią Przełęczą, a drugi w żlebie pod Granacką Przełęczą. Desantowanie zespołów dołowych odbyło się w pierwszym przypadku na taras Zamarłej Turni ponad drabinką, skąd zespół ratowników musiał dotrzeć z noszami do poszkodowanego, a w drugim ratownicy desantowali się na Orlej Baszcie. W obu przypadkach do podjęcia poszkodowanego i ratowników potrzebne było zastosowanie techniki HEC – długiej liny (długości lin od 55 do 70 metrów), gdyż wznoszące się w pobliżu wysokie ściany uniemożliwiały pilotowi bliższe podejście do miejsca wypadku. Używana przez nasz zespół śmigłowcowy lina HEC ma długość do 200 metrów, a jej zaczep ma nośność 600 kg, więc w takich przypadkach jest to istotna przewaga nad wciągarką, która ma udźwig 272 kg i długość linki tylko 50 metrów. Dysponując liną HEC o takim zasięgu, załoga toprowskiego śmigłowca może bezpiecznie ewakuować cały zespół ratowników wraz z poszkodowanymi nawet z największych tatrzańskich ścian. Wymaga to jednak doskonałego zgrania całej załogi, a przede wszystkim niesamowitej precyzji w pilotażu śmigłowca. Ewakuowany zespół jest następnie przenoszony pod śmigłowcem do miejsca, gdzie można go bezpiecznie „posadzić”, po czym śmigłowiec ląduje obok i zespół jest przejmowany na jego pokład. Spod Kozich Czub zespół został przeniesiony na linie pod śmigłowcem na morenę Czarnego Stawu w Dolinie Pięciu Stawów Polskich, a spod Granackiej Przełęczy – na Krzyżne. Zajęcia trwały cały dzień – ostatni lot był o godz. 20, a potem jeszcze całe zajęcia były szczegółowo omawiane.
Ewakuacja taterników ze ściany
W następnym dniu pogoda również sprzyjała, zatem kolejne zadania były jeszcze trudniejsze – związane z podejmowaniem pozorantów ze ścian wspinaczkowych, na których nieraz zdarzają się wypadki taternickie – Zamarła Turnia i Granaty. Na Zamarłej Turni dwa pozorowane wypadki wydarzyły się zespołom, wspinającym się na „Prawych Wrześniakach” i „Heinrichu”, natomiast na Granatach – na „Środkowym Żeberku” i „Filarze Staszla”. By z tych miejsc ewakuować rannego i jego partnera, trzeba było również użyć długiej liny. Akcje ratunkowe były trudniejsze i wymagały znakomitego opanowania techniki HEC, nad czym czuwali nasi ratownicy. Słowacy i Włosi działania pilnie obserwowali, a niektóre czynności wykonywali samodzielnie. W sumie dzień był również bardzo pracowity, a zajęcia zakończono późnym wieczorem.
*
Po tych dwóch intensywnych dniach należał się wszystkim dzień bardziej ulgowy – poświęcono go na zakupy w sklepach ze sprzętem alpinistycznym i oglądanie materiału filmowego z poprzednich zajęć. Na ostatni dzień planowane były zajęcia w rejonie Morskiego Oka – na Wołowej Turni, Mięguszowieckim Szczycie Wielkim i na wschodniej ścianie Mnicha, ale życie napisało inny scenariusz. W tym dniu wydarzyło się aż 8 poważnych wypadków w Tatrach Polskich – większość na skutek poślizgnięć i upadków na twardym, stromym śniegu. Ratownicy i piloci byli cały dzień zajęci akcjami ratunkowymi i nie było czasu na zrealizowanie zaplanowanych zajęć. Wieczorem dokonano analizy i podsumowania całości szkolenia śmigłowcowego. Ratownicy z Włoch i Słowacji zazdrościli zespołowi śmigłowcowemu TOPR maszyny, którą dysponują, oraz zgrania i wytrenowania, co było możliwe tylko dzięki ścisłemu zawężeniu składu tego zespołu. Przede wszystkim jednak byli pełni podziwu dla umiejętności i kunsztu lotniczego Henryka Florkowskiego, który pilotował w tamtych dniach śmigłowiec. Ma w tym zawodzie duże doświadczenie, gdyż jako pilot lata na różnych śmigłowcach już od 1972 roku ale najwięcej godzin ma wylatanych na Mi-8 – aż ponad 4 tysiące. Żeby tak znakomicie radzić sobie ze śmigłowcem w różnych warunkach terenowych i pogodowych i wykonywać manewry z zegarmistrzowską precyzją, potrzeba wielu lat praktyki.
Apoloniusz RajwaW warsztatach uczestniczyli:Piloci: Henryk Florkowski i Roman Kowalczyk
Ratownicy pokładowi: Piotr Bukowski, Robert Kidoń i Wojciech Mateja
Ratownicy „dołowi”: Grzegorz Bargiel, Witold Cikowski, Stanisław Krzeptowski Sabała, Maciej Latasz, Łukasz Wiercioch i Jakub Jasiński – lekarz
W roli pozorantów wystąpili: Stanisław Bobak, Andrzej Krzeptowski Sabała, Andrzej Maciata, Andrzej Marasek, Tomasz Michalik, Łukasz Migiel, Marcin Firczyk, Andrzej Górka i Andrzej Mikler
Ratownicy górscy: SAGdF z Predazzo i HZS Vysoké Tatry
0 0
relacja z maja, chyba troszkę nie o czasie? już prawie mamy lipiec. Panie Rajwa ma Pan dryg!
0 0
raczej dobra pamiec:-))
0 0
panie pan piszesz stare fakty
moze bys pan napisał jaką nowość
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz