Mieszka pod Giewontem, reprezentuje Starachowice, a Zakopane daje mu dyplomy za osiągnięcia w narciarstwie.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"12507"}
Jan Wegiera sam już nie wie, ile zdobył medali. Na pewno jest ich ponad 40. Do domu na Kamieńcu przyjechały z mistrzostw Polski, Europy i świata. Od 20 lat tatrzański siłacz nie ma sobie równych w wyciskaniu leżąc i w trójboju. Ale Zakopane nie potrafi tego docenić. Gdy na Tajwanie w 2009 r. zdobył tytuł mistrza świata, dostał od władz miasta w nagrodę 300 złotych. Nie wiedział, czy śmiać się, czy płakać, gdy burmistrzowie kolejnych kadencji podpisywali dla niego jubileuszowe dyplomy: „za osiągnięcia w sportach zimowych”.
Piłkarskie początkiPochodzi z Żukowa na Lubelszczyźnie. Urodził się w 1965 roku. Jak każdy chłopak, pierwszy kontakt ze sportem zdobywał na piłkarskim boisku. Chciał grać w klubie. Nadarzyła się ku temu okazja, gdy pojechał na Śląsk. Pracował w fabryce domów, która utrzymywała 12 drużyn. Jego marzeniem było dostać się do GKS lub Ruchu Chorzów. Ale raz poszedł na rozgrzewkę do siłowni sekcji trójboju siłowego. Jak wszedł, tak został. Zapomniał o piłce, wszystkie wysiłki poświęcając na wyciskanie. Miał 20 lat. I od tego czasu codziennie kilka godzin spędza przy sztandze. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Intensywne treningi pod okiem trenera Edwarda Rożnowskiego trwały niecały rok. Jan Wegiera w 1987 roku wystartował na Mistrzostwach Polski w Starachowicach. Zajął 7 miejsce. Rok później – start na mistrzostwach w Zakopanem – Jan Wegiera staje po raz pierwszy na pudle, zajmuje 3 miejsce, zdobywa brązowy medal. – Zakopane było w latach 80. bardzo ważnym miejscem na mapie trójboju – wspomina Jan Wegiera. – Tu odbywały się turnieje wysokiej rangi, tu miałem rekord Polski w wyciskaniu – 240 kg.
Szczyty GiewontuW Zakopanem działał Klub Giewont, założony i prowadzony przez Piotra Kozioła. Po udanym starcie Jana Wegiery klubowicze postanowili ściągnąć go pod Tatry. Chcieli, by trenował młodzież. – Nic mnie na Śląsku nie trzymało, mój trener Andrzej Wasiak też był za tym. Przeniosłem się do Zakopanego. Przyszło mi to tym łatwiej, że poznałem tu moją żonę, Barbarę. W 1989 roku urodził nam się syn, a rok później na mistrzostwach Polski zdobyłem 1 miejsce, pokonałem odwiecznego rywala, Jana Wilczyńskiego. To był najpiękniejszy moment – wspomina Jan Wegiera, przeganiając Popiołka. Mały, sympatyczny kot jest wszędobylski, próbuje usiąść mi na kolanach. Wskakuje na stół. Dom na Kamieńcu jest w tej chwili siedzibą 6 kotów. – Przygarnęliśmy zimą kotkę, okazało się, że jest w ciąży, no i dała nam taki prezent. Teraz mamy szóstkę kotów – uśmiecha się Wegiera. Przypomina, że pod Tatrami zainteresowanie sportami siłowymi było olbrzymie. Klub trenował na obiektach Centralnego Ośrodka Sportu, chętnych do uprawiania trójboju było tylu, że wypełniali całą dużą salę. Kibicować przychodziły całe szkoły. Inna sprawa, że założyciel klubu Piotr Kozioł miał w ówczesnej epoce świetne koneksje: był bratem pierwszego sekretarza i naczelnika miasta. Łatwo przychodziło zdobyć sponsorów, nagrody dla zawodników, a nawet publiczności. W „Wierchach” odbywały się świetnie zorganizowane mistrzostwa świata w trójboju.
Łzy szczęściaPo fali przemian i przy wsparciu miłośników podnoszenia ciężarów w latach 90. ubiegłego wieku ruszył w Zakopanem klub „Tytan”. Wspierała go firma „Strama”. Pomocą służył też zawsze Paweł Chebda i jego firma. Potem, w 2003 roku, założono Towarzystwo Sportów Siłowych w Zakopanem. – Nasz klub działał tylko 2 lata i 6 miesięcy – mówi Barbara Wegiera – ale mieliśmy świetnych zawodników: nieżyjący już Łukasz Gąsienica Samek, Dawid Rapta, Ela Gąsienica, Staszek Gąsienica Makowski, Stanisław Gąsienica Samek, Rafał Wróbel.
Rzeczywiście, wystarczyło nieco ponad 2 lata działalności, by na stałe zapisać się w historii sportów siłowych. Księga wydana z okazji 20-lecia Polskiego Związku Kulturystyki, Fitness i Trójboju Siłowego zamieszcza statystyki. Pod względem zdobytych (w latach 2000-2009) na międzynarodowych zawodach medali nieistniejące już Towarzystwo Sportów Siłowych Zakopane plasuje się na 7 miejscu. A w tabeli widnieje 65 klubów! Nic dziwnego, trenowani przez Jana Wegierę zawodnicy z TSS Zakopane zdobyli 23 złote medale. – A miasto przyznało nam 900 zł rocznej dotacji. Wyjazd na mistrzostwa, opłacenie hotelu, przejazdu, jedzenie – to wszystko kosztuje. Nie mówiąc już o odżywkach. Klub trzeba było zamknąć – podsumowuje Barbara Wegiera. Żenująco wobec światowej klasy osiągnięć wyglądają dyplomy wypisywane dla Jana Wegiery: „za osiągnięcia w sportach zimowych”. – Przyznał je jeszcze burmistrz Piotr Bąk, ale potem dostałem podobny dyplom od Janusza Majchra – macha ręką Jan Wegiera. Nie można się więc dziwić, że gdy Starachowice zaproponowały stałe dotacje, Wegiera przeszedł do klubu „Wiking”. W jego barwach pobił rekord świata na Tajwanie. – Popłakałem się ze szczęścia – przyznaje zawodnik – bo to niczym się nie różni od olimpiady. Poleciały łzy, zostałem mistrzem świata.
Lot na głowęNawet mistrzom świata trafiają się jednak wypadki. Klatka schodowa we własnym domu. Jan Wegiera ustawia na górze drabinę, by poprawić lampę pod sufitem. Wchodzi powoli i traci równowagę. Leci 7 metrów w dół. Uderza głową o stopień. – Gdybym całe życie nie ćwiczył, to nie przeżyłbym tego upadku – mówi Jan Wegiera – Ale jestem silny. Przetrzymałem.
Wypadek miał miejsce 1 grudnia 2009 r. Osiem dni zawodnik przeleżał na oddziale intensywnej opieki medycznej. W styczniu zaczął trenować, a w maju 2010 r. wystartował znów w mistrzostwach świata. Po drodze były spotkania z prokuratorem, który musiał wykluczyć udział osób trzecich w wypadku, a także walka z ubezpieczycielem. Bo za poważne urazy głowy, złamanie podstawy czaszki – zaproponował wypłatę 30 (słownie trzydziestu!) złotych.
Pod kontroląZawodnicy tacy jak Jan Wegiera są pod stałym nadzorem. Czuwa nad nimi system Adamsa: o każdej porze dnia i nocy mogą się spodziewać wizyty kontrolera. Dlatego na cały miesiąc muszą rozpisać dzień po dniu: w którym miejscu spędzać będą czas. Bo w klubie, w domu, u przyjaciół na imprezie może do drzwi zapukać inspektor. I zażąda próbki moczu. Tak, by zbadać, czy zawodnik nie stosuje środków dopingowych.
Zawodnik musi też stale kontrolować to, co je. – Jem co 2 godziny, często mięsne posiłki, ale nie za dużo, żeby nie odkładały się tłuszcze – wyjaśnia Jan Wegiera. – Do tego suplementy, aminokwasy, witaminy i dozwolone odżywki. Są dość drogie. Miesięcznie takie najlepsze środki kosztują ok. tysiąca złotych. Inne białka – długorozkładalne trzeba podawać na noc, a inne – szybko regenerujące podczas dnia.
Do tego należy dodać reżim ćwiczeń. Jan Wegiera ćwiczy codziennie w klubie – 2 godziny rano, 2 godziny wieczorem. Ćwiczenia na nogi, klatkę piersiową, plecy. Praca ze sztangą. Do tego dochodzi trening zawodników. Przez lata wypracował sobie własny schemat ćwiczeń.
Proste marzenieCieszy się, że jego synowie – 22-letni Michał i 20-letni Mateusz – idą w ślady ojca. Na ostatnich Mistrzostwach Polski juniorów starszych Michał Wegiera niestety nie zaliczył 210 kg, ale jego młodszy brat Mateusz wycisnął 190 kg i zajął 4 miejsce.
Jan Wegiera jako jeden z nielicznych został też już drugi raz zaproszony przez Arnolda Schwarzeneggera do Columbus (stan Ohio) na zawody Arnold Sports Festival. W Stanach Zjednoczonych wycisnął leżąc 290 kg. Zabrakło mu kilku kilogramów, by zająć 1 miejsce w światowych zawodach. Sam waży 93 kg. – Mąż podczas ostatnich zawodów wycisnął 300 kg – chwali swego mistrzowskiego małżonka Barbara Wegiera – ale sędziowe tego nie uznali. Twierdzili, że się poruszył. Rzeczywiście, w Sosnowcu na Mistrzostwach Polski nie uznano tego rekordu. Bo zawodnik wyciskający sztangę musi stopy utrzymać na ziemi, pośladki i głowa muszą przylegać do ławki. Ważny jest nawet układ kciuka na sztandze i chwila przytrzymania ciężaru na wyprostowanych łokciach. – I jeszcze trzeba czekać na komendę – wyjaśnia Jan Wegiera. – Zdarzają się świetni zawodnicy, którzy siadają, robią swoje i są zdziwieni, ale nie poczekali na komendę i „spalili”.
Pytany o marzenia skromny zawodnik, trener i mistrz sztangi mówi, że chciałby mieć swój klub w Zakopanem. Żeby reprezentować miasto, w którym żyje on i jego rodzina. I są na to szanse. Jeśli uda się przełamać biurokratyczne wymogi, to niewykluczone, że niebawem Jan Wegiera i jego zawodnicy reprezentować będą zakopiańskie Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół”.
Rafał Gratkowski
0 0
I to jest u nas najlepsze że zamiast pomagać takim zawodnikom to ładują kasę w te śmieszne sporty zimowe w których nie ma żadnych wyników .
0 0
Wielkie gratulacje i wyrazy uznania dla Naszego Mistrza !!!!
I dla Chłopaków !
Dziękujemy, Panie Janku. Za wszystko.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz