– Piłka? Boże! To cały świat. Nie opuszczam żadnego meczu - wyznaje z błyskiem w oku Jasiek Sieczka.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"1103"}
Równe jak stół boisko dziś jest powodem do dumy mieszkańców Maniów. W końcu bywa, że na ich teren przyjeżdża Wisła Kraków. A drużyna ze wsi liczącej niewiele ponad 2 tys. mieszkańców jest najwyżej notowana na Podhalu. IV liga to próg dla innych od lat nieosiągalny. A Lubań gra na tym poziomie od lat.
Andrzej Niemiec, historyk-amator i kronikarz dziejów wsi, oprócz kilku książek na koncie ma także opracowanie historii klubu. Jak podkreśla, kopanie piłki na stokach Gorców zaczęło się już 70 lat temu – gdy w 1938 roku miejscowi zbudowali boisko. Wszystko wówczas było inne. – Pierwsza piłka to szmaciana kula, pozszywana z resztek koca lub moheru, wypchana końskim włosiem. Najlepsze były jednak dwie połówki góralskiego kapelusza, połączone szpagatem. Taka piłka miała już swoją elastyczność i można ją było kopać do woli nawet na bosaka – wyjaśnia pan Andrzej.
Jak się okazuje, budowa boiska miała być sposobem na skanalizowanie energii, rozpierającej miejscowych młodzieńców. Ci bowiem każdą imprezę – od chrzcin po zwykłą potańcówkę – kończyli ogólną bijatyką. Ale co było robić, jeśli wiadomo, że młodzi chłopcy nie bardzo garnęli się do ludowego teatru, a z kolei zawody strzeleckie były dla tych, którzy ukończyli wojsko? Nadpobudliwość miejscowej młodzieży przydała się do budowy boiska, bo na wybranym placu najpierw trzeba było wykarczować gęste chaszcze. W 1938 roku udało się rozegrać pierwszy mecz i – jak wykazuje Andrzej Niemiec – maniowianie radzili sobie nie najgorzej. Jednak na własny klub musieli poczekać jeszcze dziesięć lat – wtedy do wsi przyjechał ks. Jan Osadziński. Być może i on sięgnął po pomysł z piłką, by utemperować wybujały temperament maniowian. Faktem jest, że w 1948 roku po raz kolejny otwarte zostało zapuszczone boisko. Uroczystość była huczna – jak przypomina kronikarz, prawdziwi aktorzy z Krakowa recytowali nawet Treny Kochanowskiego. Poezja uleciała, do dziś jednak pozostał w pamięci wszystkich wynik inauguracyjnego spotkania – Maniowy rozniosły Krościenko 3:1.
Ściskając rękę LubańskiegoW piątkowe przedpołudnie grupka oldboysów wspomina nie tylko odległe czasy, ale i wczorajsze spotkanie. Na boisku spotkali się ci, dla których piłka była wszystkim w latach 60., 70. i 80.
Jasiek Sieczka na boisko nie wychodzi od 1970. Zaczął jeszcze jako junior w 1964 roku. – Chcąc zagrać, trzeba było podkradać chłopom trocin, żeby podsypać boisko. Pamiętam pierwszy mecz na wyjeździe w Mszanie Dolnej. Dwie bramki strzeliłem. A pozycja? Gdzie trzeba było, to się grało.
Gdy był w wojsku grał w Czarnych Żagań. Tu dotknął prawdziwej piłki, gdy zagrał w 1968 roku w Pucharze Polski przeciwko Górnikowi Zabrze. – Witałem się z Szołtysikiem, Lubańskim... – mówi z przejęciem.
Po wojsku nie pograł długo. – Pojechaliśmy do Frydmana, to była C klasa. Wiem, że bramkarz nie sfaulował. Ja jakoś źle ległem na nogę i kość strzeliła. Leżałem 6 miesięcy w szpitalu – wspomina feralną chwilę.
4 czerwca 1970 to data, którą zapamiętał do końca życia – jego ostatni mecz. Później zostały mu jedynie doping na trybunach i z rzadka – występy w oldboyach. Jako kibic nie opuszcza żadnego spotkania na miejscowym stadionie.
Wysranka woli hokejJan Jandura i Jacek Grywalski zaczęli jako piętnastolatki. Ale klub to nie tylko piłka – trzeba było zbudować klubowe szatnie samemu, potem ogrodzić boisko. Z czasem przyszły przenosiny całej wsi i budowa nowego boiska. Jak przyznają dziś – wszystko odbyło się \"na dziko\", czyli bez żadnych planów i pozwoleń. Bo i kto by wydał zgodę na stadion w samym centrum wsi? Postawili więc władzę wobec faktów dokonanych. – To było najlepsze miejsce. I dobrze, że się zrobiło samowolkę, bo inaczej nie mielibyśmy tu stadionu – stwierdza Grywalski
Obaj zawodnicy ze swą drużyną dwukrotnie wygrali w wojewódzkiej spartakiadzie Ludowych Zespołów Sportowych. Pamiętają mecz z Podhalem o wejście do III ligi, rozstrzygnięty w dziwnych okolicznościach, gdy sędzia w ostatnich sekundach podyktował karnego, który zadecydował o tym, że to nowotarżanie awansowali. Grali w Danii z zespołami, które teraz grają w tamtejszej pierwszej lidze, byli w ZSRR czy Czechosłowacji. – I nikt nie dostawał żadnych pieniędzy – dodaje Jan Jandura. – Jeszcze nieraz trzeba było poskładać się na sędziego czy wyjazd. Było dużo pracy, ale chciało się jeszcze gonić na treningi. Zresztą, gdybyśmy mieli tyle ćwiczeń co obecna drużyna...
Co ciekawe, choć wieś była niewielka, odrębne przysiółki miały swoje zespoły i między sobą rozgrywały turnieje. Swoją \"jedenastkę\" miał Podkościół, Hyga, Kasiel i Węgliszczak. Na Wysrance woleli grać w hokeja, choć zawodnicy niekiedy występowali wspólnie z Hygą.
Tradycja kopanaNigdy nie było większych problemów ze zmobilizowaniem ludzi do pracy na rzecz klubu. W końcu nowy stadion i klubowy budynek powstały z pracy społecznej i pieniędzy maniowian z obu stron Oceanu.
Jan Hagowski był prezesem Lubania przez 12 lat. – Szkoda, że dziś młodzież często nam ucieka, woli komputery. Chociaż u nas jeszcze nie jest najgorzej – mamy szkółki piłkarskie i trzy drużyny młodzieżowców. Coś się dzieje – zaznacza były prezes.
Jak to się dzieje, że Nowy Targ, Zakopane nie mają tak silnej drużyny? – To siła tradycji – dodaje Hagowski. – Drużyny jak nasza, Poronin czy Czarny Dunajec to sześćdziesięcioletnie kluby. Dzięki zapałowi i wsparciu działaczy także ze Stanów, pomocy sponsorów, to się udaje, bo trzeba ściągać coraz lepszych zawodników.
W pozostałych podhalańskich klubach tradycji i sił starcza zwykle na A klasę.
Józef Figura
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz