Doskonałą postawą w meczach eliminacji Mistrzostw Świata 2010 walnie przyczynił się do tego, że reprezentacja Słowacji pierwszy raz w historii wystąpi na Mundialu. Na co dzień bardzo spokojny i uśmiechnięty, w trakcie meczu zmienia się w prawdziwego wojownika.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"6244"}
O piłce, życiu w Polsce oraz rodzinie i jego związkach z Orawą z Janem Muchą, pierwszym bramkarzem reprezentacji Słowacji w piłce nożnej rozmawia Paweł Wargenau.
– Chorzów, 14 października 2009 roku. Sędzia Jonas Eriksson kończy spotkanie Polska – Słowacja. W tym momencie kamery telewizyjne skupiają się na tobie. Padłeś na kolana z rękoma wzniesionymi w geście triumfu. Co czułeś w tym szczególnym dla siebie momencie, mając świadomość, że razem z kolegami wywalczyłeś historyczny dla Słowacji awans?– Przede wszystkim ogromną ulgę. Ciążyła na nas ogromna presja. Po nieudanym wcześniejszym meczu ze Słowenią, spotkanie z Polską urosło do rangi najważniejszego w historii słowackiego futbolu.
– Czy dla ciebie ten mecz był również najtrudniejszy w całych eliminacjach?– Tak. Panowały przecież anormalne warunki do gry. Zimno, wiatr i padający śnieg. Przez 90 minut meczu musiałem być maksymalnie skoncentrowany. Czułem, jak bardzo polscy zawodnicy chcą strzelić mi bramkę. Świadomość ta dodawała mi jednak sił. Kiedy już na początku reprezentacja Polski straciła gola po samobójczym strzale Seweryna Gancarczyka wiedziałem, że Polacy zaatakują bardzo mocno. I nie pomyliłem się. Na szczęście dowieźliśmy zwycięstwo do końca i awansowaliśmy z pierwszego miejsca w grupie.
– Od pięciu lat mieszkasz w Polsce i z wieloma reprezentantami naszego kraju znasz się doskonale. Dlaczego twoim zdaniem Polaków zabraknie na Mundialu w RPA?
– Nie czuję się upoważniony do oceniania polskiej piłki nożnej. Co prawda gram od pięciu lat w warszawskiej Legii, ale jako piłkarz ligowy, nie będę wypowiadał się na temat problemów reprezentacji Polski. Przyznam jednak, że przed rozpoczęciem eliminacji miałem nadzieję, iż mecz w Chorzowie decydować będzie o tym, która z drużyn zajmie w grupie pierwsze miejsce, a która będzie dalej walczyć w barażach. Moje oczekiwania spełniły się tylko połowicznie. Myślę, że kłopoty kadry Polski w tych eliminacjach zaczęły się od pierwszego spotkania naszych zespołów w Bratysławie. Ten mecz stał się dla obu reprezentacji punktem zwrotnym eliminacji. Dla nas zakończyły się one bardzo radośnie. Osobiście żałuję, że Polacy nie powalczą w barażach.
– Przed ostatnim meczem na Stadionie Śląskim pojawiały się w słoweńskich mediach stwierdzenia, że reprezentacja Polski z pewnością nie pomoże Słowenii i wręcz „podłoży” się Słowacji. Jak reagowałeś na tego typu doniesienia?– Staram się nie przywiązywać wagi do takich informacji. Oczywiście nie jest miło, kiedy coś takiego się słyszy, ponieważ w pewien sposób w świadomości części kibiców może to umniejszyć nasz sukces. Z kolei muszę przyznać, że wypowiedź Mariusza Lewandowskiego o tym, że oczekuje on na ofertę Słowenii przed spotkaniem z nami, wywołała u nas tylko dodatkową sportową złość i podwójną mobilizację. Do wszystkich spotkań podchodziliśmy z maksymalnym zaangażowaniem i tylko własną postawą na boisku wywalczyliśmy upragniony awans. Nikt nam w tym nie pomógł, oprócz naszych kibiców oczywiście. Dlatego uważam, że takie wypowiedzi nie powinny mieć miejsca, nawet jeśli jak słyszałem, miał to być żart. Tym bardziej, że osobiście bardzo lubię Polskę i jej mieszkańców, a najlepszym na to dowodem jest fakt, iż postanowiliśmy razem z żoną zamieszkać nad Wisłą na stałe.
– Twoja sympatia do naszego kraju znana jest nie od dzisiaj. W ubiegłym roku przywdziany w nasze narodowe barwy dopingowałeś reprezentację Polski w trakcie jej występów na Euro 2008. Wówczas polscy kibice wyrażali na twój widok najpierw zdziwienie, a później wielokrotnie okazywali ci sympatię i szacunek. A jak zareagowali na to koledzy z kadry narodowej Słowacji?– W ogóle nie reagowali. Po pierwsze to moja prywatna sprawa komu kibicuję. Po drugie mieszkam w Polsce kilka lat, mamy tutaj z Simoną mnóstwo przyjaciół i czujemy się jak w domu. Kupiłem bilety na mecze reprezentacji Polski więc było jasne, że to właśnie jej kibicowałem. Poza tym występowali w niej bądź zasiadali na ławce rezerwowych moi koledzy, z którymi miałem okazję grać w jednym klubie. Mam tu na myśli Łukasza Fabiańskiego, Rogera czy Kubę Wawrzyniaka. Między innymi z tych względów trudno by mi było kibicować innej drużynie. Zresztą wierzę, że Polacy w przyszłorocznych mistrzostwach w RPA będą trzymać za nas kciuki! Dla mnie jest to naprawdę normalna kolej rzeczy. Gdyby Polska awansowała, a my zostalibyśmy w domu, to ponownie ubrałbym koszulkę z orłem i mocno dopingował waszą reprezentację.
– Artur Boruc, Łukasz Załuska, Łukasz Fabiański, a teraz ty. Wszystkich was łączy osoba trenera Krzysztofa Dowhania. Jak podsumowałbyś okres pracy ze swoim obecnym trenerem?– Na temat trenera Dowhania moglibyśmy przeprowadzić odrębną rozmowę. Mogę powiedzieć krótko. Wspaniały człowiek i trener. Mógłby z powodzeniem pracować w największych klubach Europy. Takiego fachowca od szkolenia bramkarzy nie spotyka się często. Praca z trenerem Dowhaniem jest dla mnie zaszczytem i przynosi mi wiele korzyści w zakresie sportowego rozwoju.
– Coraz głośniej słychać jednak, że w niedługim czasie możesz opuścić nasz kraj, wiążąc się kontraktem z jednym z zachodnich klubów.– Spokojnie, spokojnie. Na razie gram w Polsce i w tej chwili nigdzie się nie wybieram. Z Legią mam kontrakt do końca czerwca 2010 i po zakończeniu rundy jesiennej usiądziemy z działaczami do rozmów. Osobiście żywię nadzieję, że zakończą się one przedłużeniem kontraktu i że zostanę w Polsce.
– Po sukcesie w meczu z Polską stałeś się w jednej chwili gwiazdą w swoim kraju. Do tej pory byłeś piłkarzem czołowego klubu naszej ekstraklasy, a teraz twoje nazwisko pojawia się na pierwszych stronach gazet i to nie tylko słowackich. Jak znosisz ten nagły przypływ popularności?
– Nie mam z tym problemu. Do zamieszania wokół mojej osoby podchodzę z dystansem. Nie lubię rozgłosu i pozostanę nadal spokojnym człowiekiem. Zaraz po meczu z Polską chciałem wracać do klubu, ale trenerzy i koledzy nie pozwolili mi na to i musiałem lecieć z nimi do Bratysławy. Ale już następnego dnia ruszyłem w drogę powrotną do Polski. Po przyjeździe do Warszawy mogłem w końcu ucałować swoje dzieci i Simonę. Staram się jak najwięcej czasu spędzać z rodziną. Zawód piłkarza ma to do siebie, że większość czasu spędzam poza domem. Dlatego też każdą wolną chwilę poświęcam najbliższym.
– Czy twoja żona nie czuje się przypadkiem nieco samotna w Polsce, kiedy ty przebywasz na zgrupowaniach bądź meczach wyjazdowych?– Nic z tych rzeczy. Mamy w Warszawie mnóstwo przyjaciół i znajomych. Simona spotyka się z koleżankami, ale przede wszystkim najwięcej czasu poświęca dwójce naszych maluchów. Natomiast kiedy wracam do domu, praktycznie się nie rozstajemy. Nie przepadam za telewizją, czy wszelkiego rodzaju rozrywkami elektronicznymi, więc chodzimy na bardzo długie spacery lub po prostu dużo ze sobą rozmawiamy. Lubimy też dobrą kuchnię i dlatego nie stronimy od wizyt w restauracjach. Oczywiście nie mogę sobie pozwolić na ciężkie potrawy, które zazwyczaj są najmilsze dla podniebienia. W trakcie sezonu trzeba się jednak bardzo pilnować. Za przekroczenie wskazanej przez lekarza wagi grożą wymierne konsekwencje (śmiech).
– Urodziłeś się w Bela nad Cirochou, ale nie ukrywasz swoich silnych więzi ze słowacką Orawą. – Część mojej rodziny mieszka na Orawie. Mam tam też jednego z najlepszych przyjaciół. Zawsze chętnie jeżdżę w tamte strony. Uważam, że Orawa jest jednym z najpiękniejszych regionów Słowacji. Swego czasu reprezentowałem barwy klubu MSK Zilina i na Orawie spędzałem mnóstwo czasu. Znam praktycznie jej każdy zakątek. Bywałem też kilkakrotnie na Podhalu, ale z przykrością muszę się przyznać, że nie byłem nigdy w Zakopanem. Błąd ten jednak naprawię i to jeszcze w tym roku. Po zakończeniu rundy jesiennej wybiorę się na kilka dni do zimowej stolicy Polski z rodziną. Do tej pory znam Zakopane głównie z opowieści kolegów, ale czas to zmienić.
– Uchodzisz za człowieka o wrażliwym sercu. Nie każdego bowiem stać na to, aby niemal non stop pomagać innym w najróżniejszy sposób. Nie stronisz od wizyt w szkołach, domach dziecka czy innych miejsc, gdzie masz kontakt z najmłodszymi.– Uważam, że każdy, kto ma możliwość pomagania dzieciom i młodzieży, powinien to robić nie patrząc na jakiekolwiek własne korzyści. Skoro własną pracą doszedłem w życiu do czegoś, to mam świadomość, że mogę teraz zrobić coś dobrego dla innych. Nie robię niczego nadzwyczajnego. Jeśli w czasie spotkania w szpitalu dziecięcym czy domu dziecka widzę radość na twarzach dzieciaków, to wiem, że to co robię, ma sens. W moim obecnym klubie do pracy z młodzieżą i pomocy potrzebującym dzieciom przywiązuje się dużą wagę. I tak powinno być wszędzie.
– Rozumiem, że jeśli w grudniu zawitasz na Podhale, to znajdziesz chwilę na spotkanie z najmłodszymi adeptami futbolu?
– Oczywiście. Jeśli będę miał taką sposobność, to z dużą chęcią wezmę udział w takim spotkaniu. Dlatego pozdrawiając wszystkich kibiców piłki nożnej na Podhalu mówię – do zobaczenia wkrótce!
0 0
Szacunek dla tego człowieka! Wielki sportowiec! Wielki człowiek! Cieszę się ze jestem z Orawy ;)
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz