Kiedy obejmował pierwszą drużynę MMKS Podhale Nowy Targ, nie było wiadomo czy obrońcy mistrzowskiego tytułu w ogóle przystąpią do gry w nowym sezonie. Dzisiaj jest zadowolony, że Szarotki skazywane na niebyt wyszły z twarzą z kolejnych rozgrywek. O chwilach zwątpienia, walce i nadziejach przed kolejnym sezonem z trenerem Jackiem Szopińskim rozmawia Paweł Wargenau.
– Piąte miejsce w sezonie 2010/2011 jest dla pana sukcesem czy porażką?– Przed tym bardzo ciężko zapowiadającym się sezonem liczyłem na to, że uda nam się wejść do pierwszej czwórki, choć przyznać trzeba, że nikt na nas nie stawiał. Od początku było wiadomo, że o awans do grona 4 najlepszych zespołów będzie bardzo trudno, bowiem w maju ub. roku musieliśmy czynić starania, aby hokej w Nowym Targu w ogóle przetrwał. Pierwszym poważnym zadaniem było dotarcie do świadomości zawodników, że mimo bardzo trudnej sytuacji, muszą trenować i ciężko pracować. W tamtym czasie klub mógł im zaoferować tylko nadzieję, że będzie lepiej. Sytuacja taka nie ułatwiała nam zadania, ponieważ zawodnicy bardziej koncentrowali się na problemach bytowych, niż przygotowaniach do nowego sezonu. Na szczęście okazało się, że grupa, która zdecydowała się pozostać w Nowym Targu jest grupą bardzo ambitnych ludzi, pragnących osiągać kolejne sukcesy. Praktycznie do czerwca żyliśmy w pewnego rodzaju „zawieszeniu”. Nie wiedzieliśmy, czy przystąpimy do sezonu na zasadach profesjonalnych, czy też hokej w najważniejszym ośrodku w Polsce będzie, po prostu, na poziomie amatorskim. Na szczęście udało się wszystko poukładać i zespół mógł się w miarę profesjonalnie przygotować do sezonu.
– Czy wobec tych trudności nie miał pan chwili zwątpienia, co do zasadności objęcia funkcji pierwszego trenera?– Nie, nie miałem. Wiedziałem, że ta drużyna ma duży potencjał. Zdawałem sobie sprawę, że na początku będzie bardzo ciężko, ale wierzyłem, że czas będzie pracował na naszą korzyść. Znałem dobrze niemal wszystkich zawodników i byłem przekonany, że sobie poradzą. Nie żałuję swojej decyzji i bardzo się cieszę, że jest mi dane pracować z tą grupą sportowców.
– Życia nie ułatwiała też hokejowa centrala. Decyzja o konieczności gry pańskiej drużyny w barażach wyraźnie miała na celu zniszczenie nowotarskiego hokeja.– Trudno było się z taką decyzją pogodzić, ale z perspektywy czasu można śmiało stwierdzić, że zwyciężając w barażach, utarliśmy nosa pewnym osobom. Faworytem miał być zespół z Torunia i o to najprawdopodobniej chodziło PZHL. Wygrywając baraże praktycznie juniorskim składem, wzmocnionym kilkoma starszymi graczami, pokazaliśmy, że nasz zespół stać na wiele. Konieczność gry w barażach bardzo utrudniła nam okres przygotowań. Wykonaliśmy tylko połowę z tego, co założyliśmy.
– Nowy Targ opuściło bardzo dużo zawodników po zdobyciu przez drużynę Wojas Podhale mistrzostwa Polski. Konieczne były wzmocnienia, aby marzyć o walce o najwyższe cele. Nie były to chyba spokojne dni dla pana i pańskich współpracowników. Odejścia których graczy najbardziej pan żałował?– Można powiedzieć, że wszystkich. Takim ciosem, który dopełnił czary goryczy było odejście Tomka Malasińskiego. Wcześniej odeszli: Zapała, Gruszka, Dziubiński. Długo rozmawiałem też z Rafałem Sroką, ale przyznaję, że podjął słuszną decyzję. Nie musiał, ale zakończył karierę jako świetny zawodnik, a na dodatek mistrz Polski. Nie wolno też zapomnieć o Zborowskim. Zatem pierwszą newralgiczną sprawą było pozyskanie bramkarza. Bardzo dobrze się stało, że wrócił do nas Tomek Rajski. W międzyczasie pozyskaliśmy Jarka Różańskiego. Nie był, co prawda, potwierdzony do gry w barażach, ale mieliśmy świadomość, że będzie z nami. Dużym wzmocnieniem okazał się Kelly Czuy, z którym rozmawialiśmy już wcześniej. Damian Kapica przebywał w Trincu i można powiedzieć, że dzięki niemu skontaktowaliśmy się z Kellym. Przyjechał na jeden nasz mecz pucharowy i zadeklarował chęć gry w naszym zespole.
– Kelly dał się poznać jako świetny zawodnik, ale jego odejście pozostawiło jednak pewien niesmak. Zostawił zespół w bardzo ważnym momencie, a pan nie krył tego, że liczy na niego. Wierzy pan, że jedynym powodem były jego problemy podatkowe?– To prawda. Niesmak pozostał. Trudno powiedzieć, czy argumenty, które przedstawił odchodząc były w pełni wiarygodne. Przed pierwszym wyjazdem w grudniu Kelly przebąkiwał coś, że być może nie dotrwa z nami do końca sezonu. Kiedy wrócił do nas, twierdził, że chce zostać do końca sezonu, a nawet na następny. Później okazało się jednak, że musi wracać ze względów podatkowych. Nie ukrywam, że w pewnej mierze opierałem taktykę na tym zawodniku. Kelly pokazał naszym graczom, co znaczy gra ciałem i jak należy to robić. Od pierwszego treningu pracował na 100% możliwości i bardzo mi się taka postawa podobała. Niestety, o takim zaangażowaniu nie można powiedzieć w przypadku hokeistów z Czech czy Słowacji. Oni często starają się prześlizgnąć obok treningu.
– To prawda, że Kelly zażądał kontraktu na następny sezon, warunkując tym pozostanie w Nowym Targu w bieżącym sezonie? – Nic takiego nie miało miejsca. Kelly miał podpisany kontrakt do końca marca 2011 r., ale były w nim klauzule zapewniające mu możliwość wcześniejszego opuszczenia drużyny. Chcąc go pozyskać, musieliśmy się zgodzić na pewne zapisy w kontrakcie. Jesteśmy z nim jednak w stałym kontakcie i deklaruje, że chce wrócić do nas, wcale nie jest powiedziane, że sam. Jestem zwolennikiem opcji kanadyjskiej w naszej lidze, ponieważ jeśli dalej pójdziemy w tym kierunku, w którym zmierza nasza ekstraklasa, to niedługo nie będziemy mieli do czynienia z hokejem tylko ślizgawką. Drużyny w Polsce zapominają już co znaczy gra ciałem. Doszło do tego, że kiedy na początku sezonu moi podopieczni zaczęli grać częściej ciałem, to sędziowie odsyłali ich na ławkę kar za prawidłowe zagrania. Zresztą poziom sędziowania w polskim hokeju to odrębna sprawa.
– Jak ocenia pan postawę duetu Baranyk – Bakrlik? Jest pan rozczarowany ich grą?– Absolutnie nie. Uważam, że obaj pomogli w zajęciu przez nas 5. miejsca. Przyszli nieprzygotowani do sezonu i wiedziałem, że potrzeba czasu, aby doszli do swojej optymalnej formy. Przypuszczałem, że największy pożytek będzie z nich w drugiej części sezonu. I nie pomyliłem się. Mieliśmy bardzo ciężki styczeń pod względem treningów. Obaj przychodzili do mnie i pytali, dlaczego tak mocno trenujemy. Później okazało, że praca, którą wykonaliśmy, przyniosła rezultaty. Chodziło mi o to, aby wszyscy byli w optymalnej dyspozycji na play-off. I uważam, że tak się stało. Bakrlik z Baranykiem od spotkań ze Stoczniowcem bardzo pomogli drużynie. W play-off zabrakło nam Czuya oraz optymalnej formy Kolusza i D. Kapicy.
– Nie miał pan dosyć tego sezonu w momencie, kiedy okazało się, że dwaj czołowi zawodnicy doznali kontuzji? Pierwsze diagnozy mówiły o tym, że nie zagrają już do końca sezonu.– Przyznaję, że był taki moment, w którym myślałem, że nic nam nie wyjdzie w tym sezonie. Postanowiliśmy jednak wpoić drużynie, że nie ma tych graczy, ale są pozostali. Po części nam się to udało, ale widać było, że ostatnia runda sezonu zasadniczego okazała się w naszym wykonaniu najsłabsza z racji intensywnych treningów i z powodu braku wspomnianych zawodników. Zajęliśmy na zakończenie sezonu zasadniczego 7. miejsce, ale nie byłem tym rozczarowany. Priorytetem były mecze w play-off. Wiadomo było, że drużyny z pierwszej czwórki będą wybierać sobie rywali i tak naprawdę nie miało znaczenia czy zajmiemy 5. czy 7. miejsce. Miałem też świadomość, że nikt nie będzie chciał z nami grać. Niczego nie kalkulowaliśmy i czekaliśmy po prostu na rozwój wydarzeń. Cracovia nie zaryzykowała gry z nami, podobnie jak Tychy. Wówczas wiedziałem już, że spotkamy się z Unią Oświęcim.
– Bardzo dobrze zaczęliście tę rywalizację od wygranej w meczu wyjazdowym. Później, niestety, przyszły 2 porażki w Nowym Targu. Długo je pan analizował i przeżywał?– Najbardziej żal pierwszego z dwóch spotkań przed własną publicznością. Bartek Neupauer popełnił błąd przy grze 5 na 4, ale to się zdarza i nie można mieć o to do niego pretensji. Poza tym Tomek Rajski bronił najsłabiej ze wszystkich potyczek z Unią. Gdyby wyszedł mu taki mecz jak w Oświęcimiu, to z pewnością byśmy wygrali. Wiadomo, że od bramkarza bardzo dużo zależy. Tomek miał świetne mecze, ale zdarzały mu się też słabsze występy, w których za dużo nie pomógł drużynie. Nie ulega jednak wątpliwości, że biorąc pod uwagę cały sezon, Tomek był ostoją zespołu i zawodnicy poczuli się pewnie, że za ich plecami jest właśnie Rajski.
– W kolejnych meczach, tym razem ze Stoczniowcem nasi hokeiści pokazali charakter. Było już 0:2, a skończyło się na 3:2.– Jeśli chodzi o rywalizację ze Stoczniowcem, to byłem przekonany, że wyjdziemy z niej w roli wygranych. Nie miałem nawet chwili zwątpienia przy stanie 0:2. Pamiętam, że wtedy powiedziałem chłopakom, że to jeszcze nie koniec i powinniśmy się im „odwdzięczyć” za to, że nie zgodzili się na rozegranie dwóch meczy w Gdańsku i dwóch w Nowym Targu. Stało się tak jak przewidywałem i ostatecznie pokonaliśmy ich, przełamując pewną niemoc w starciach z gdańszczanami. Po tym ostatnim meczu nasi zawodnicy naprawdę bardzo się cieszyli i tę radość szczerze okazywali.
– Ostatnią satysfakcją w tym sezonie było z pewnością pokonanie nowotarskiego Sanoka.– Na pewno jakaś satysfakcja jest, że pokonaliśmy w dwumeczu drużynę personalnie od nas mocniejszą. Tym samym utarliśmy nieco nosa zawodnikom, którzy poszli przecież do Sanoka, aby walczyć o najwyższe cele, a skończyli sezon za nami.
– Podsumowując sezon, co było w nim dla pana najtrudniejsze, a z czego pan jest najbardziej zadowolony?– Najważniejsze jest to, że ta drużyna w tym sezonie okrzepła i uwierzyła w swoją wartość. Mamy młody zespół, który walczył w lidze z zawodnikami o wiele bardziej doświadczonymi. Natomiast najtrudniejszy był początek sezonu, kiedy musieliśmy pracować w dużej niepewności jutra. Potem było już lżej, kiedy zespół się skonsolidował i miał coś do udowodnienia innym, a po części i samemu sobie.
– Czego pan sobie życzy przed kolejnym sezonem?– Przede wszystkim tego, abyśmy utrzymali drużynę w obecnym składzie. Nie da się ukryć, iż mam obawy w tej kwestii. Z pewnością zacznie się polowanie innych klubów na naszych zawodników. Co prawda, wszyscy deklarują chęć pozostania w Nowym Targu, ale życie przynosi często niemiłe niespodzianki. Mam nadzieję, że tym razem uda nam się zachować obecny skład. Wiele zależy od władz klubu, czy podołają zadaniu zapewnienia stabilizacji finansowej. Jak każdy trener chciałbym mieć zespół walczący o mistrzostwo Polski i wierzę, że w kolejnym sezonie taką drużynę będziemy mieli. Ważne jest, aby zawodnicy nie musieli się martwić o zabezpieczenie finansowe własnych rodzin. Wówczas będziemy mogli się skoncentrować na treningach i walce o należne Podhalu miejsce na szczycie.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz