Agentem zajmującym się promocją znanego zapaśnika, uprawiającego wolną amerykankę – Hulka Hogana został Polak Krzysztof Sander, który ma swoje korzenie na Podhalu – w Starem Bystrem i Długopolu.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"5728"}
Krzysztof miał 3 lata, kiedy pierwszy raz oglądał walkę Hulka Hogana. Potem pojechał z rodzicami do hotelu w Rosemont pod Chicago, gdzie w holu zobaczył wielkiego zapaśnika, którego kilka godzin wcześniej widział na ringu. Rozentuzjazmowany krzyknął: „Zobaczcie, Hulk tu jest, to on”, a słychać go było chyba w całym hotelu. Oczywiście, usłyszał go też Hogan. Podszedł i obdarował 3-letniego Krzysia zdjęciem z autografem. – I tak mnie tym ujął, że gdy byłem już starszym dzieckiem, a później młodzieńcem, i wiedziałem, że będzie występował gdzieś niedaleko, zawsze uprosiłem tatę, by mnie tam zawiózł – opowiada 30-letni pan Krzysztof Sander. Później, jak już zrobił prawo jazdy i mógł sam jeździć samochodem, był prawie na wszystkich walkach z udziałem Hogana.
Jechał, gdzie tylko mógł, i za każdym razem prosił o zdjęcie z autografem. W krótkim czasie miał ich już kilkadziesiąt, a Hulk Hogan zaczął go rozpoznawać pośród swoich fanów. Kiedyś w Detroit, już po walce Krzysztof pojechał za limuzyną, wiozącą jego idola na lotnisko. Jakoś tak się stało, że nie zatrzymany na bramie, wjechał na płytę i zatrzymał się dopiero pod prywatnym samolotem Hogana. – Nagle otoczyli mnie policjanci, bo Hogan ich wezwał, widząc, że cały czas jedzie za nim jakiś samochód, a przecież w USA o szaleńców, strzelających do znanych osób, nietrudno – uśmiecha się do swych wspomnień Krzysztof. – Ale kiedy zobaczył, że to ja, powiedział policjantom, żeby mnie puścili, bo mnie zna. I zaprosił mnie na zimną coca colę. Wtedy zapytał, dlaczego tak za nim wszędzie jeżdżę. Odpowiedziałem, że jestem jego wielkim fanem, przypomniałem tę historię 3-letniego dziecka z hotelu w Rasmond i o dziwo, on sobie to skojarzył, mówiąc, że przypomina sobie tę scenę, ale nie przypuszczał, że to ja – opowiada Krzysztof Sander, pokazując mi to pierwsze podpisane zdjęcie, od którego się wszystko zaczęło.
– Po tym zdarzeniu mogłem już wchodzić na jego walki jako specjalny gość, bo jeżeli wiedział, że będę, to zostawiał dla mnie wejściówkę – kontynuuje swoją opowieść. Po jednej z walk Krzysztof poszedł do restauracji, w której Hogan często jadał kolację. W czasie rozmowy Hogan zaprosił go do swojej posiadłości na Florydzie w Clearwater. Tam miał możliwość obejrzeć wszystkie zdobyte przez zapaśnika trofea, poznał też jego żonę, dzieci oraz ojca Hogana. Później dosyć często bywał w ich domu. – Dziewięć lat temu tata Hulka zachorował. Zaproponowałem swoją opiekę, bo wcześniej pracowałem jako pielęgniarz i asystent lekarza w domu opieki społecznej. Hulk się zgodził i wtedy mieszkałem z Hoganem 4 miesiące – wspomina.
Na pytanie, jaki mistrz amerykańskich zapasów jest na co dzień, odpowiada: – Hulk jest bardzo bezpośredni, wprost wspaniały. Mimo wielkiej popularności i rozpoznawalności jest skromny i taki normalny, bardzo szczery. Zawsze znajduje czas dla swoich fanów. Dla mnie jest wzorem sportowca filantropa, bo przecież jest pierwszy na liście darczyńców fundacji „Make a Wish Foundation”, spełniającej ostatnie życzenia śmiertelnie chorych dzieci.
Za jakiś czas, już po śmierci ojca Hogana, kiedy panowie dobrze się poznali, zapaśnik zaproponował Krzysztofowi zorganizowanie walki w Toyota Park w Bridgeview koło Chicago. Krzysztof zaczął działać, po kilku miesiącach walka się odbyła, a jej organizacja okazała się sukcesem. Sprzedało się bardzo dużo biletów, po walce, na spotkanie z mistrzem przyszły tysiące fanów. Hogan przekonał się, że Krzysztof ma smykałkę do tego rodzaju akcji. Będąc kiedyś w Chicago, Hogan odwiedził Krzysztofa w domu. – Kiedy zobaczył, że w domu mam tysiące pamiątek związanych z „wrestlingiem”, że cały „basement” jest poświęcony jemu właśnie, chyba zrozumiał, że moje intencje są naprawdę szczere – kontynuuje Krzysztof, pokazując mi zdjęcia z pobytu Hogana w jego rodzinnym domu.
Na dodatek amerykańskiemu mistrzowi bardzo smakowały gołąbki, zrobione przez mamę Krzysztofa. Smakowała mu też zasmażana kapusta i oczywiście polska, swojska kiełbasa. – Hulk miał wtedy jakieś nieporozumienia finansowe ze swoim agentem, więc zaproponował mi, bym go zastąpił, a ja z ochotą na to przystałem – opowiada dalej Krzysztof. Każdy nowy wątek opowieści ilustruje zdjęciami. Na jednym z nich Krzysztof Sander w sportowym dresie i Hulk Hogan, dotykając się czołami, spoglądają na siebie w sposób, jaki często można zobaczyć na zdjęciach bokserów przed ważnym pojedynkiem.
Krzysztof też czasem wychodzi na ring. – Ale daleko mi do Hogana, bardzo daleko – zaznacza zaraz. – Kiedyś trenowaliśmy razem, i jak rzucił mną o matę, to myślałem, że się nie podniosę. Krzysztof Sander, nowy agent mistrza amerykańskiej wolnej amerykanki, planuje zorganizowanie pokazu walk w Warszawie. Pytany o podobną imprezę na Podhalu, potwierdza, że o tym też myśli. – Co prawda urodziłem się w Chicago, ale na Podhalu byłem wiele razy. Bo moi rodzice są polskimi góralami. Mama, Aniela, pochodzi z Obrochtów ze Starego Bystrego, a tata, Jan, z Długopola. Tata, który zmarł 3 lata temu, byłby zapewne bardzo dumny z tego, co mnie spotkało – mówi dalej Krzysztof. – To jemu w dużej mierze zawdzięczam, że dzisiaj robię to, co było moim marzeniem, bo często dawał mi pieniądze na bilety.
Na pytanie, jak wygląda praca agenta tak popularnego, nie tylko w USA, człowieka, najpierw wyjaśnia, że Hogan jest tak popularny i lubiany, bo jest jednym ze zwykłych Amerykanów, któremu się powiodło. Ale swoją popularność zawdzięcza wielkiej pracy i wytrwałości. – Hogan pochodzi z biednej, wręcz ubogiej rodziny. Kiedy zaczynał karierę, za walkę brał 30-40 dolarów – zdradza. – Sypiał w samochodzie, by zaoszczędzić na hotelach. Teraz, kiedy zarabia nawet do 2 milionów za jeden występ, nadal ciężko pracuje. Wstaje o 4 rano, by spędzić 3 godziny na siłowni. W ciągu dnia też zdarzy mu się przerzucić kilkaset kilogramów ciężarów. Moja praca polega na organizowaniu walk pokazowych, spotkań promocyjnych, uzgadniam też udział Hogana w reklamach. Ostatnio robiliśmy reklamę dla Mc Donalda, a już dzisiaj mogę zaprosić na promocję nowej książki autobiograficznej Hulka Hogana w księgarni Borders przy Michigan Avenue w Chicago. Hulk będzie ją podpisywał 27 października.
Zapytany o zarobek, Krzysztof uśmiecha się i mówi, że zarabia nie najgorzej, ok. 110 tysięcy dolarów rocznie. A oprócz tego ogromna satysfakcja z pracy dla kogoś, kto był i jest dla niego wzorem godnym naśladowania. – Na dodatek ja mam 29 lat, Hulk 56, więc zdaję sobie sprawę, że często traktuje mnie jak ojciec syna. Jest też, jak ojciec dla syna, surowy i wymagający. Cieszę się, że mogę z nim pracować. Mimo że z racji urodzenia jestem Amerykaninem, to przecież jestem synem polskich emigrantów, którzy przyjechali do USA, realizować swój „american dream”. Jeżeli nie im, to przynajmniej mnie, w chwili podpisania umowy z Hulkiem Hoganem, ten sen się spełnił – kończy Krzysztof Sander, polski agent – menadżer amerykańskiego mistrza wolnej amerykanki Hulka Hogana.
Miłosz Sowa
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz