Ich ogromne kły zatopiły się w gardłach ponad setki ludzi. Były dywanikami, zanim zrobiły oszałamiającą karierę w Ameryce. Magiczni mordercy: Duch i Mrok.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"8832"}
Zaczęło się całkiem niegroźnie. Każdy, kto interesuje się Afryką, przyrodą Czarnego Lądu, polowaniami, safari, ostatecznie gdzieś trafi na wzmiankę o ludojadach znad rzeki Tsavo. Wzmianka zaintryguje, nie chce wyjść z głowy. Z czasem skłoni do dalszych poszukiwań. Trochę nieświadomie człowiek zajrzy do książki, pogrzebie w internecie. I nawet nie wie, kiedy zaintrygowanie przeobrazi się w rasowe natręctwo. Nieszkodliwe, choć coraz bardziej męczące dziwactwo. Podobne do tych, które skłaniają ludzi do kolekcjonowania kapsli od piwa czy – o zgrozo – zbierania słodzików rozdawanych na pokładzie samolotów linii lotniczych całego świata. Dziwactwo wreszcie trochę wstydliwe. No bo jak tu się przyznać, że dorosłemu człowiekowi zagnieździły się w głowie dwa lwy nieboszczyki? I że zamiast spełniać swój „american dream”, realizować karierę od pucybuta do milionera – stateczny pismak chciałby odwiedzić w Ameryce wypchane koty?
*
Nie bez powodu ludojady zasłużyły sobie na złowieszcze imiona: „Duch” i „Mrok”. Z górą sto lat temu wyglądające jak niewinne pluszowe kotki lwy znad rzeki Tsavo nieźle narozrabiały. Różne źródła przypisują im zamordowanie nawet półtora setki ludzi. Ich ofiarami padali Murzyni i Hindusi pracujący przy budowie mostu kolejowego na pograniczu Kenii i Tanzanii. Naukowcom nie udało się ustalić, dlaczego lwy, żywiące się na co dzień antylopami i zebrami, niespodziewanie zagustowały w ludzkim mięsie. Zresztą nie tylko dieta odróżniała Ducha i Mroka od typowych zachowań swojego gatunku. Lwy to jedyne koty prowadzące stadne życie. Przy czym samcom przypisuje się jedynie funkcję reprezentacyjną. Czarna robota: polowanie, karmienie dzieci i własnych wybranków serca – próżniaków to obowiązki lwic. Ludojady z Tsavo były samcami, jednak żyły i polowały na ludzi wyłącznie we własnym towarzystwie. Mieszkały w jaskini, w której deponowały część swojej ludzkiej zdobyczy. Makabryczne miejsce zostało odkryte przez pogromcę ludojadów – pułkownika Johna Henryego Pattersona, inżyniera, budowniczego mostu na rzece Tsavo. Złowroga sława kenijskich zabójców rozeszła się po całym świecie. Wszystkie najważniejsze gazety doniosły wreszcie o wielkim sukcesie pułkownika Pattersona, który w grudniu 1898 roku położył kres ziemskiej działalności Ducha i Mroku. Budowniczy w glorii i chwale powrócił do Europy, a wraz z nim obydwa upolowane ludojady. Przez ponad dwadzieścia lat Duch i Mrok – jako dywaniki – stanowiły element dekoracyjny gabinetu wielkiego pogromcy. W latach 20. ubiegłego wieku łowca, za niebagatelną sumę 5 tys. dolarów amerykańskich zgodził się odsprzedać „dywaniki” i ich czaszki do tworzonego właśnie chicagowskiego Muzeum Historii Naturalnej, gdzie spreparowane: „Duch i Mrok” cieszą się swą złowrogą sławą do dzisiaj. Tu mogą je też odwiedzać opanowani natręctwami polscy dziennikarze.
*
Zawsze wiedziałem, że jeśli kiedyś będzie mi dane odwiedzić Stany Zjednoczone, to chciałbym rozpocząć przygodę w Chicago od wizyty w słynnym muzeum. Miałem zamiar właśnie tam skierować swe kroki, mimo że jakoś specjalnie nie kręci mnie oglądanie wnętrz wypełnionych zakurzonymi eksponatami. Cóż, natręctwa mają swoje prawa. Często niezgodne z logiką. Okazja nadarzyła się niespodziewanie. Firmowe „one week vacation” w Chicago miało się stać czymś w rodzaju pielgrzymki do wypchanych kotów.
*
Muzeum Historii Naturalnej to ogromny gmach z białego kamienia. Hall przyozdobiony szkieletem monstrualnego prehistorycznego gada. Wielkie billboardy zapraszają do zwiedzania najnowszej ekspozycji, dedykowanej prehistorycznemu człowiekowi. Główna atrakcja – mały mamut wydobyty z syberyjskiej wiecznej zmarzliny. Doskonale zachowany z wyjątkiem… uszu. Czaszki prehistorycznych mamutów z ogromnymi ciosami zwanymi z angielska tusks. Czego to się człowiek nie dowie o etymologii nazwiska własnego premiera przy okazji zamorskich wojaży. Premier – „cios”, nawet coś w tym jest…
Niedźwiedź jaskiniowy zrekonstruowany w prawdziwie amerykańskim stylu: ogromna postura przypominająca nieco sylwetkę kreskówkowego misia Yogi. Tyle że wyraz twarzy stworzenia jakby nie z kreskówki, a raczej z horroru. Inkaskie statuetki, indiańskie totemy, gablotka z eskimoskimi wabikami na wieloryba, a nawet spreparowany pociągowy pies. Po lewej stronie hallu niepozorna tabliczka, kierująca do lwów z Tsavo. Wcześniej jednak sale z wyeksponowanym zwierzostanem: Azji, Afryki. W jednej z gablot swojskie (wypchane) bociany, siedzące na gnieździe pośrodku osady ze studziennymi żurawiami i kurnymi chatami krytymi strzechą. Tabliczka z wyróżnioną na czerwono nazwą odtworzonej wioski brzmi bardzo swojsko: Krzemieniec. Ekspozycja musi być leciwa, bo zmieszczona obok mapka ulokowała wołyńską wieś w granicach Polski „od morza, do morza” z Wileńszczyzną, Kresami i… wolnym miastem Gdańsk.
Długi korytarz otoczony gablotami, z których łypią szklanymi oczami smoki z Comodos, krokodyle, aligatory, pytony, prowadzi do obszernej zaciemnionej sali. Kolejna tabliczka nie pozostawia złudzeń: „The Man-eaters of Tsavo”. Ludojady są jasno-płowe i wcale nie sprawiają upiornego wrażenia. W ogóle nie wyglądają jak dumne lwy – królowie zwierząt. Brak im podstawowego atrybutu – bujnej grzywy. Brak owłosienia to charakterystyczna cecha populacji lwów żyjących nad Tsavo. Dumne ludojady nie różnią się zbytnio od lwic, w dodatku nie imponują rozmiarami. Eksperci twierdzą, że za życia prezentowały się bardziej okazale. Henry Patterson kazał przerobić straszne bestie na dywaniki. Przy okazji brzuszna, mniej cenna część obu futer została nieco uszczuplona, nie pozostawiając zbyt wiele możliwości preparatorowi. Aż nazbyt groźnie prezentują się z kolei eksponowane tuż obok oryginalne czaszki ludojadów. Zgryz jednego z lwów jest wyraźnie zdeformowany. Jak przypuszczają naukowcy, właśnie ten feler i związane z nim kłopoty w zdobywaniu normalnego pożywienia mogły być główną przyczyną tego, że koty znad Tsavo zeszły na złą drogę, zostały ludojadami. A później wyemigrowały za Wielką Wodę, by zrobić oszałamiającą karierę w iście hollywoodzkim stylu.
*
Przed gablotą z lwami ustępuje moje natręctwo. To się po prostu czuje. W duchu życzę sobie, żeby kolejne też dało się wyleczyć jedynie wizytą w Ameryce – najfajniejszej obczyźnie pod słońcem.
Marek Kalinowski
0 0
A tn tryptyk artykułów to pewnie sponsorowany przez konsulat amerykański bo im coraz petentów ubywa?
0 0
ciekawe ile z tego pogromu lwów jest prawdą a ile PRem zwycieskiego pogromcy?? tego sie nie dowiemy...
0 0
No to ostatnie zdjecie....caluśki Jurajczyk....kurna, ale jakieś bokserki mogłeś przywdziać...nawet w groszki...bezwstydniu :-D
0 0
Andziu, ja tam TEGO nie widze; pewnei TO miskowi w Hameryce wycieli , zeby obyczajniej było; ale ze ty zawsze patrzysz akurat TAM :-)
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz