Wigilia jest najlepszym dniem, by zabezpieczyć się przed złymi mocami przez najbliższy rok. O bożonarodzeniowych zwyczajach opowiada Anna Trebunia - Wyrostek.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"113337"}
Ostatni dzień, w którym mogła rozbrzmiewać muzyka, to był 25 listopada - św. Katarzyny, nie tak jak dziś andrzejki. Mówiło się: "Na św. Katarzyny zdejmuje się z gęśli struny". Wraz z nadejściem Adwentu górale rozpoczynali pościć.
- Adwent to był bardzo smutny okres, prawie jak żałoba. Nie można było nosić żadnych ozdób, zakładało się ciemne ubrania - opowiada Anna Trebunia-Wyrostek podczas spotkania w Walusiówce, poświęconego dawnym obrzędom i zwyczajom bożonarodzeniowym na Podhalu. To był czas wyciszenia i oczekiwania na czas Godnych Świąt, jak górale nazywali okres Bożego Narodzenia - od Wigilii do Trzech Króli.
Ważnym patronem w tym przedświątecznym okresie był św. Mikołaj, któremu poświęcony jest dzień 6 grudnia. - Dzieci na Podhalu nie dostawały jednak prezentów, co najwyżej ślazowego cukierka. Mikołajem nas straszyli, że nas weźmie do worka - opowiada Anna. Górale wierzyli, że św. Mikołaj strzeże przed wilkami.
13 grudnia dzień św. Łucji to następny dzień, którego nie można było przeoczyć. - Św. Łucja była patronką czarownic. W tym dniu zaczynano robić różne przedmioty, które miały osoby zajmujące się czarami zdemaskować. Na przykład stołek, zaczęty wtedy, a skończony w Wigilię, trzeba było zabrać na pasterkę. Jak się na nim stanęło, to widać było, która z kobiet jest czarownicą, gdyż były odwrócone tyłem do ołtarza. Z kolei wykonany w tych dniach bicz, którym uderzano o posadzkę w przedsionku kościoła pod dzwonami, miał spowodować, że zlecą się do niego czarownice wijące się z bólu. - Oj, biedna była kobieta, która się przez przypadek napatoczyła - podkreśla góralka.
Wiele osób nadal od dnia św. Łucji aż do Wigilii obserwuje bacznie każdy z dwunastu dni, by przewidzieć, jaka będzie pogoda przez kolejne dwanaście miesięcy przyszłego roku.
21 grudnia to dzień, któremu patronuje św. Tomasz - patron furmanów i lasów. W tym dniu górale nie jeździli do lasu, wierzono, że "drzewo może przypucyć". Od tego dnia zaczynano też robić sprzęty pasterskie.
Bardzo trzeba było się pilnować w Wigilię 24 grudnia, bo taki jak ten dzień, był potem cały rok. Dzieci bardzo dbały, żeby nie dać rodzicom powodów do klapsa. Nie wolno było podnosić głosu ani się kłócić. Absolutnie tego dnia był zakaz szycia, przędzenia, nie wolno też było nic w tym dniu pożyczać. - Baby nie mogły chodzić po chałupach. Jak któraś do kogoś przyszła, to podejrzewano, że źle życzy domownikom. Za to dobrą wróżbą było, jak przyszedł chłop - podkreśla Anna.
Kobiety przygotowały w tym dniu wieczerzę, chłopi jeździli do lasu. Nie po choinkę, te pojawiły się powszechnie dopiero po wojnie. Przywozili gałązki drzew, które wieszali pod sufitem. Były to tzw. podłaźnicki. Z małych gałązek z kolei robili krzyżyki, które wtykali za odrzwia izby, obory, wszędzie tam, gdzie były przejścia. Miało to domowników i zwierzęta zabezpieczyć przed złymi mocami.
Po kolacji wigilijnej panny na wydaniu wychodziły przed dom i sprawdzały, z której strony zaszczeka pies, z tej miał być przyszły mąż. Obejmowały też rękami jak największą ilość sztachetek, a potem liczyły. Parzysta liczba oznaczała, że panna wyjdzie za mąż w najbliższym roku, nieparzysta, że jeszcze będzie musiała poczekać. Podobnie można było sobie wróżyć "sajtami", czyli kawałkami porąbanego drewna.
Z opłatków robiło się tzw. "światy". Ozdobami były jabłka czy szyszki. - Gdy ja byłam dzieckiem w latach 70., pamiętam, że przez cały rok zbieraliśmy z czekolad sreberka, którymi potem owijaliśmy np. orzechy i wieszaliśmy na choince - wspomina prelegentka.
Przed samą wieczerzą wszyscy się odświętnie ubierali, gazda przynosił snopek siana albo słomy i winszował "na scynście, na zdrowie...". Potem było częstowanie się opłatkiem moczonym w miodzie, ale nie było składania sobie wzajemnie życzeń, gdyż te zastępowały „winsowania”. - Jadło się z jednej miski. Zostawiano jedną łyżkę dla duszyczek zmarłych. Wierzono bowiem, że w tym dniu przychodzą nasi bliscy, którzy zmarli - opowiada Anna.
Nie wolno było wszystkiego zjeść, bo resztki dostawały zwierzęta - krowy, konie, kury. Potem zapanował zwyczaj dawania kolorowego opłatka zwierzętom.
W niektórych domach, chociaż jadło się już z talerzy, nadal istniał zwyczaj w Wigilię jedzenia wieczerzy z jednej miski. Czasem wróżyło się z opłatka. Każdy z domowników przyklejał opłatek do szyby, jeśli w ciągu wieczerzy komuś się odkleił, miało to być zapowiedzą bliskiej śmierci.
Wszyscy starali się iść na pasterkę, choć dawniej były to często wyprawy do sąsiedniej wsi. Mieszkańcy Gronia szli aż do Białki Tatrzańskiej, leśniczanie czy borzanie - do Szaflar.
Nie było zwyczaju chodzenia w Wigilię na podłazy. - Dawniej podłazy były dopiero w św. Szczepana i w Nowy Rok. Były to odwiedziny baców, gazdów. Miały często wymiar magiczny. - Gość składał życzenia, były one bardzo długie, trzeba było wszystkich domowników wymienić, wszystkie zwierzęta, pominięcie kogoś było złą wróżbą. Przy tej czynności sypano owsem - podkreśla Anna.
Dziś podłazy mają głównie charakter matrymonialny. W Wigilię po pasterce kawalerzy odwiedzają panny, wobec których mają poważne zamiary.
Nic nie wolno było robić w kolejny dzień - w Boże Narodzenie. - Ani miotły wziąć do ręki, ani garnków umyć. Nie wolno było też używać siekiery czy młotka - wymienia Anna. - Ale położyć się też nie można było - dodaje. Zostawiano sobie pod łóżkiem siekierę, żeby rano, wstając z łóżka, postawić nogę na niej. To wróżyło zdrowie w przyszłym roku. Podobny cel miało przyniesienie o północy z potoku wody i wrzucenie do miski monety, a potem taką wodą obmycie się w Boże Narodzenie.
Kolejny dzień świąt - św. Szczepana był już dniem odwiedzin, sypania owsem i winszowania. - Posiady odbywały się już ze śpiewem, ale nie wolno było jeszcze grania ani tańczenia - podkreśla Anna Trebunia - Wyrostek.
Nie obchodzono też sylwestra. Ważnym dniem był za to Nowy Rok, wtedy odwiedzało się swoich chrzestnych, od których dzieci dostawały "nowe latko" - kukiełki, placki, wypieki.
Czas Godnych Świąt kończył się w Trzech Króli. W tym dniu należało poświęcić wodę i jałowiec, którym potem okadzano ludzi i zwierzęta, uważano taki dym za lekarstwo. - Trzech Króli to było też święto „pacholskie”, dzień godzenia służby. W domu, gdzie było dużo dzieci, oddawano je na służbę do bogatszych gazdów. Już małe dziewczynki pasły na służbie gęsi, chłopcy byli honielnikami na szałasie albo pomagali przy gospodarstwie.
Od Trzech Króli zaczynał się niesopust, czyli karnawał. Wtedy dopiero zaczynała rozbrzmiewać muzyka, można było tańczyć. Aż do Wielkiego Postu.
O bożonarodzeniowych zwyczajach i obrzędach na Podhalu Anna Trebunia-Wyrostek opowiadała podczas spotkania w Domu Kultury "Walusiówka" w Leśnicy, które odbyło się w ramach projektu "W Godne Święta godnie wyodziewani - tradycje bożonarodzeniowe na Podhalu".
[WIDEO]2183[/WIDEO]
0 0
Dzisiejsi 40 minus nie wiedzą co to karnawał i związane z nim imprezy zwane opłatkiem. Dzisiaj wystarczy lager w najpospolitszym znaczeniu pod gwiazdami.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz