Chłopiec o spokojnej, gładkiej twarzy i smutnych oczach, który uwierzył, że zdoła obalić komunizm. Żył 20 lat, przez rok był „Mścicielem”, od 63 lat rodzina poszukuje jego grobu.
Makabra… chyba żadna z współczesnych gazet nie odważyłaby się na publikację takiego zdjęcia. Potwornie zmienione, jakby zmumifikowane członki. Wykrzywiona tragicznie twarz. Na wpół otwarte usta. Postać ułożona na ziemi, przykryta gazetami, nie przypomina człowieka. Bardziej wygląda na kukłę, woskową figurę. Zdjęcie jednak nie jest mistyfikacją, fotomontażem. 63 lata temu fotografia trafiła na czołówki ówczesnych gazet. To chyba najbardziej znany wizerunek słynnego „Mściciela” – Józka Świdra z Rdzawki, 20-latka o spokojnej, gładkiej twarzy i smutnych oczach, który uwierzył, że zdoła obalić komunizm.
*
U Świdrów w Rdzawce było aż 10 dzieci: 6 chłopaków i 4 dziewczyny. Rodzina bez uszczerbków przetrwała okupację, mimo że dom Świdrów był znaną przystanią leśnego wojska. Represje rodzina odczuła dopiero za „nowej” Polski. Zaczęły się niedługo po tym, jak Józek poszedł do lasu za „Ogniem”. Gdy oddział został rozbity, a dowódca zginął w lutym 1947 roku, część podkomendnych majora Józefa Kurasia skorzystała z dobrodziejstw amnestii i ujawniła się. Inni próbowali szczęścia, uciekając za granicę. Józek Świder pozostał w lesie. Rozpoczął partyzantkę na własną rękę. Zaledwie 20-letni prosty szeregowy miał w genach cechy przywódcy – oddział „Wiarusy” szybko rósł w siłę. Grupa miała na koncie kilka spektakularnych akcji, w których poległo paru ubeków i milicjantów. Nie dziwi więc, że Wiarusi działali na nową władzę jak czerwona płachta na byka. Na wieść o tym, że 2 lutego oddział podczas kolejnej udanej akcji rozbił posterunek MO w Rabie Wyżnej, wyprawiając na cmentarz kolejnych 2 milicjantów – ubecy z Nowego Targu wpadli w prawdziwą furię. Już następnego dnia przed rodzinnym domem Józka w Rdzawce pojawiło się stado milicjantów. Wpadli do domu i bez zbędnych słów „zwinęli” dwóch braci „Mściciela”: Janka i Stefana. Rodzice: Zofia i Walenty razem z resztą dzieciaków bawili się w sąsiedztwie na weselu. Ubecy zabrali ich prosto z przyjęcia. Cała szóstka zatrzymanych od razu trafiła na przesłuchanie. Ubecy bili ich bez opamiętania. Oszczędzili jedynie Zofię i jej najmłodszego syna, niepełnoletniego Stefana. Najbardziej dostało się Władkowi. Już na schodach ubek trzykrotnie walnął go w głowę kolbą pistoletu. Gdy tylko Władek wszedł do pokoju przesłuchań, dostał cios, który powalił go na ziemię. Jeden z oprawców stanął na szyi chłopaka. Drugi – kopał go bez opamiętania. Gdy Władek stracił przytomność – ubecy cucili go wodą z kubła. „Badanie” trwało kilka godzin. Śledczy zadawali tylko jedno pytanie: Gdzie ukrył się „Mściciel”? Rodzina odzyskała wolność dopiero 24 lutego. Józek nie żył już od tygodnia…
*
Ojciec Leszka, Stefan, miał zaledwie 11 lat, gdy trafił do ubeckiego więzienia. – Przynajmniej się nad nim fizycznie nie znęcali – wtrąca pan Leszek, historyk, nauczyciel w rabczańskim liceum, bratanek „Mściciela” i niestrudzony tropiciel wojennych zagadek. – Kiedyś taki młody chłopak, może 12-letni, powiedział mi, że jego dziadek zawsze powtarza, że nigdy nie żyło mu się tak dobrze, jak za komuny. Mój ojciec by się z takim śmiałym poglądem nie zgodził – uśmiecha się gorzko. W domu Leszka niewiele mówiło się o „Mścicielu” – następcy majora Józefa Kurasia. Ogniowcy przez 2 powojenne lata prowadzili nierówną wojnę z sowieckim porządkiem. Komuniści zabili „Ognia” w lutym 1947 roku, w chałupie Zagatów w Ostrowsku. Przewieźli zwłoki na UB w Krakowie. Do dzisiaj nie wiadomo, gdzie jest grób majora. Losy „Mściciela” potoczyły sie według niemal identycznego scenariusza. Józek Świder poległ niemal dokładnie rok po „Ogniu”. Zginął od kuli wystrzelonej przez żołnierza Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Dramat rozegrał sie w Lubniu rankiem 13 lutego 1948 roku. Zwłoki „Mściciela” ubecy przewieźli do gmachu UB w Myślenicach. Ciało wrzucili – jak worek – do ciemnego garażu. Identyfikacji dokonał Staszek, brat Józka, a zarazem jeden z licznych stryjów Leszka. Siedział wtedy – jak większość rodziny – w nowotarskim więzieniu. Ubecy zabrali go do Myślenic. – Wujek bardzo niechętnie wracał do tamtych wydarzeń. Ubek wprowadził go do pomieszczenia, podpalił gazetę i oświetlił zwłoki. Ciało było zmienione, wykrzywione, na kość zamarznięte. Wujek Staszek rozpoznał brata. Później jednak przyznał, że miał wątpliwości – zaznacza bratanek zmarłego parę lat temu Stanisława.
*
Leszek dowiedział się o historii „Mściciela” od swojego taty. Stefan pokazał nastoletniemu potomkowi książkę napisaną przez ubeka Stanisława Wałacha. „Był w Polsce czas” – dzieło stworzone według wszelkich kryteriów nachalnej komunistycznej propagandy opowiadało o ofiarnych funkcjonariuszach UB, bohaterskich żołnierzach Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego i bandytach od „Ognia” i „Mściciela”. – W książce było zdjęcie Józefa Świdra. Tata mi je pokazał i powiedział: „To twój wujek”.
Pamiątką przechowywaną w domu Świdrów niczym relikwia był pożółkły skrawek krakowskiego „Echa” – codziennej gazety z 1948 roku. Natchniony marksistowsko-leninowską ideologią redaktor pisał o wielkim sukcesie bohaterskich funkcjonariuszy, którzy rozprawili się z „bandą”, zabijając jej herszta. Autor nie przywiązywał wagi do szczegółów. Przekręcił imię dowódcy. „Koniec bandyckiej epopei Mściciela” – donosił tryumfalnie już w nagłówku. Tekst zawiera opis walki, przedstawiony przez żołnierzy KBW. „Herszt bandy w ucieczce szukał ocalenia. Uciekającemu bandycie zabiegło drogę dwóch żołnierzy (KBW – przyp. red.). Jeden z nich otrzymał śmiertelny strzał z pistoletu „Mściciela”, drugi jednak, nieprzerażony śmiercią kolegi, widząc, że bandyta, nie doznawszy żadnych obrażeń biegnie dalej, celnym strzałem w głowę pozbawił go życia.” Tekst został opatrzony przejmującym, pośmiertnym zdjęciem twarzy dowódcy „Wiarusów”.
*
Rodzina wiedziała, o co walczy Józek. Nikt nie miał do niego pretensji, choć mama Zofia nieraz go namawiała: „Ujawnij się, skorzystaj z dobrodziejstw amnestii. Wracaj do domu i żyj normalnie”. Nie chciał słuchać. Nie wierzył komunistom. Chyba słusznie… W lutym ‘48 roku krewni zamordowanego „Mściciela” nawet nie próbowali dopominać się o wydanie jego ciała. – Dlaczego? Trzeba próbować się wczuć w sytuację. Opowiem tylko jeden epizod. Jest Wigilia, jedna z pierwszych powojennych – grudzień ‘47 roku. W domu panuje bieda nie do opisania. Babcia dokonuje cudów, żeby postawić na stole chociaż kawałek ciasta. Przed kolacją do chałupy wpada UB. Robią kipisz. Tłuką sprzęty, wywracają wszystko do góry nogami. Młody funkcjonariusz podchodzi do naczynia z rosnącym ciastem. Najpierw dokładnie bada je brudnymi łapami, a na koniec wsypuje do masy zawartość rozprutej poduszki. To tylko jedno z wielu podobnych zdarzeń, o których się w rodzinnym domu mówiło. A było tego dużo więcej. Aresztowania, ciągłe wizyty ubeków. Wujkowie nieprzypadkowo trafiali do służby wojskowej w najcięższych karnych jednostkach w kraju. To wszystko wzmagało atmosferę strachu. Trudno się dziwić, że sprawa „Mściciela” była rodzinnym tabu – wyjaśnia Leszek.
*
Krótko po solidarnościowym przewrocie Leszek i jego ojciec podjęli próbę wyjaśnienia wojennej – rodzinnej tajemnicy. Pisma kierowane do Wojewódzkiego Urzędu Spraw Wewnętrznych, na policję i do myślenickiej parafii na niewiele się zdały. Wśród ocalałych dokumentów zachował się protokół z akcji likwidacyjnej „Mściciela”, przeprowadzonej w Lubniu. O tym, co stało się z ciałem, papiery nie wspominały nawet słowem. Gdy powstał Instytut Pamięci Narodowej, Leszek pomyślał, że to ostatnia deska ratunku. Jednak i tym razem czekał go zawód. – Instytut chciał pomóc, jednak oni pracują głównie na dokumentach wydobytych z archiwów, a tam nie było żadnej wzmianki o miejscu pochówku. Trudno mieć o to jakieś pretensje – relacjonuje Leszek Świder. – Pomyślałem, że skoro wertowanie dokumentów nie przynosi żadnych efektów, to może znajdę jakiegoś świadka, który będzie coś pamiętał.
W myślenickiej prasie Leszek zamieścił kilka anonsów z apelem do ludzi, którzy mogliby pomóc w rozwikłaniu zagadki. – Początkowo elektryzował nas każdy nowy wątek, każdy telefon. Ludzie oferowali, że wskażą miejsce pochówku. Jedni deklarowali wspaniałomyślność, inni domagali się pieniędzy. W końcu nauczyłem się filtrować te doniesienia. Przy pomocy kilku pytań mogłem ocenić, czy historia zasługuje na dalsze badanie. To niesamowite, że na świecie jest cała masa ludzi, którzy chcą tylko zaistnieć, nieważne jakim kosztem. Ale nie powiem – niektóre z ustaleń naprawdę zabrzmiały wiarygodnie – zaznacza.
*
Gdzie spoczął „Mściciel”? Bratanek partyzanckiego dowódcy jest niemal pewien, że mogiłą wujka Józka jest zbiorowy grób w obejściu siedziby myślenickiego UB, przy ulicy Kazimierza Wielkiego. W gmachu mieszczą się dzisiaj biura starostwa powiatowego. – Kiedyś zadzwonił do mnie mężczyzna mieszkający w podmyślenickiej miejscowości. Jego ojciec (pseudo: „Świerk”) walczył u „Ognia”. Ujawnił się podczas amnestii w 1947. Od tamtej pory musiał regularnie, przynajmniej raz w miesiącu, odwiedzać UB. Także w lutym ‘48 był w myślenickiej katowni. Tym razem jednak nie został zwolniony do domu, tylko trafił do celi i siedział tam kilka dni. Było to w tym samym czasie, kiedy zginął „Mściciel”. „Świerk” był przetrzymywany w celi w piwnicy. Jedyne okno na świat było szczelnie zasłonięte. Jednak od czasu do czasu więzień był wyprowadzany na przesłuchania. Przechodził wtedy klatką schodową, której okna wychodziły na tyły budynku. Na podwórku zobaczył ogromne prostokątne obszary, gdzie świeża ziemia z wykopu była wymieszana ze śniegiem. Analogia nasuwała się sama: krajobraz za oknem wyglądał jak świeża mogiła.
Wiele lat po wojnie w gmachu katowni mieścił się ośrodek zdrowia. Były partyzant, już jako starszy pan, poszedł do przychodni na prześwietlenie. Towarzyszył mu syn. Pan spojrzał przez okno, wskazał na kompleks garaży na tyłach budynku i powiedział: „Tam, pod tymi budynkami, leżą ludzie”.
O tym, że w obejściu Katowni pochowani są ludzie, mówił Leszkowi Świdrowi także pracownik myślenickiego starostwa, badacz historii Ziemowit Kalinowski. Z relacji starszych mieszkańców Myślenic, z którymi rozmawiał historyk, wynikało, że jeszcze wiele lat po wojnie przy okazji Święta Zmarłych w okolicy garaży paliły się znicze…
To nie był ostatni sygnał, wskazujący na Katownię jako miejsce pochówku partyzantów antykomunistycznej partyzantki. Jakiś człowiek zadzwonił do Leszka i odsyłał go do publikacji, która miała mówić o szczątkach wykopanych przy okazji prac budowlanych w rejonie katowni. Inne relacje, przypominające raczej opowieści grozy, mówią o zabłąkanych duszach pomordowanych, błąkających się nocami po korytarzach dawnej siedziby UB. Ponoć z ich powodu w budynku były nawet odprawiane egzorcyzmy.
W 2008 roku ojciec Leszka wystąpił do IPN o przeprowadzenie przeszukania na terenie katowni pod kątem odszukania ewentualnych zbiorowych mogił. Po raz kolejny sprawa okazała się nie do załatwienia. Instytut poprosił o uprawdopodobnienie wniosku dokumentami lub relacjami naocznych świadków. – Tu się koło zamyka. Przez 20 lat dociekań najbardziej doskwiera mi właśnie brak świadków i jakichkolwiek dokumentów – przyznaje z rezygnacją pan Leszek. – Parę dni temu minęła kolejna rocznica śmierci wujka. A my znowu nie mogliśmy zapalić świeczki na jego grobie. Ja to już pomału tracę nadzieję, że ją kiedykolwiek zapalimy. Może lepiej wznieść jakiś skromny obelisk na cmentarzu w Rdzawce, taką symboliczną mogiłę wszystkich pomordowanych z naszej wioski, którzy tak jak wujek nie mają swoich grobów. A jest sporo takich nazwisk…
Marek KalinowskiFot.: z archiwum Leszka Świdra
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz