Dziesięć lat temu policzyli, że podczas wszystkich rajdów przeszli odległość jak z Rdzawki do Moskwy. Teraz liczą, że będzie tego dwa razy więcej, czyli powinni dojść gdzieś pod Ural. „Rajdowa Wiara” maszeruje już od dwudziestu lat.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"9158"}
Wszystko zaczęło się od jednego zapaleńca. Gdy Andrzej Kubiński przybył do niewielkiej szkoły w Rdzawce pod koniec lat 80., niewielu było chętnych do chodzenia po górach. Zresztą pewnie łatwiej byłoby zarazić tą pasją mieszczuchów z Krakowa, niż dzieciaki, które Gorce mają za oknem. Początki okazały się optymistyczne, bo do zakładanego właśnie Szkolnego Koła Krajoznawczo-Turystycznego „Rajdowa Wiara” zapisało się ponad 50 chętnych. – Ale sami nie wiedzieli za bardzo, o co w tym wszystkim chodzi, została więc tylko część – wspomina założyciel. – Trzeba przyznać, że nie było łatwo zachęcić do chodzenia. Zastosowałem więc niekonwencjonalne metody chodzenia. Czasem poszarżuję, oczywiście zachowując wszelkie względy bezpieczeństwa. Były więc choćby przejścia nocne i zawsze potem podczas jakichś ogniskowych spotkań jest co wspominać.
Ich pierwsza poważna impreza to rajd im. Trybowskiego w 1993. Odtąd w imprezie uczestniczą co roku, wymyślając coraz trudniejsze czy wręcz karkołomne przejścia. Z czasem w rdzawiańskim SKKT pojawiły się całe rodziny – rodzice nakłaniają swoje dzieci i chodzą wspólnie dalej.
A czasem wspominają dawne wyprawy, tak jak tę z końca lat 80., gdy wybrali się w Bieszczady. Podczas wycieczki na Opalonek mieli do pokonania 44 km trasy. W pewnym momencie szli wzdłuż pasa granicznego z ówczesnym ZSRR. Widok zasieków i zaoranego pasa ziemi po obu ich stronach nie był budujący, za to wygodna ścieżka po sowieckiej stronie – bardzo. – Przeszliśmy – wspomina Kubiński. – Droga nie trzymała się zbytnio granicy, nie wiemy, kiedy zeszliśmy dalej, i nadzialiśmy się na patrol ukraińskich pograniczników. Nie było przelewek. Trzymali nas pod bronią przez dwie godziny. Zapowiedzieli, że zadzwonią do dowództwa, odtransportują nas w głąb Ukrainy, powiadomią polskie władze, kuratorium. Nie było dyskusji. Dzieci się śmieją, pogranicznicy się wkurzają, ja próbuję dyskutować, a oni wydzwaniają, gdzie tylko można. Na szczęście w pewnym momencie odpuścili. Byliśmy wolni.
Noc w ślimakachAdam Kowalczyk był wśród pierwszych członków SKKT – górską pasją zapałał wówczas na dobre i zostało mu do dziś. – Mieliśmy szczęście, że spotkaliśmy człowieka, który chciał to robić i potrafił zarazić swoją pasją wszystkich dookoła. Ostatnio przerzuciłem się na rower i staram się być w górach regularnie. Ale i tak zawsze jest mnóstwo wspomnień z dawnych czasów. Pamiętam, jak podczas jednego z rajdów zatrzymaliśmy się na noc gdzieś w leśniczówce. A że w nocy z kolegą byliśmy trochę niegrzeczni, to za karę musieliśmy zostawić ciepłe łóżka, wziąć śpiwory i resztę nocy spędzić na polu. Na rajdach zresztą często spędzamy noce przy ognisku. Raz obudził nas deszcz o czwartej nad ranem. Nie było rady – trzeba było wstać, pozbierać się i… ruszyć w drogę.
Siostry Karolina i Justyna Rapacz także nie wyobrażają sobie życia bez gór. – Nie, to nie przechodzi. Co więcej, skończyłam studia z turystyki, jestem przewodnikiem beskidzkim i typ spędzania czasu wszedł mi w krew – wspomina starsza z sióstr. – Dlaczego? Bo dobrze jest się zmęczyć, spędzić czas na łonie natury i być z kimś. Zresztą w górach wszystko jest inaczej. Dla dzieciaków to też szkoła solidarności, dzielenia się z innymi choćby batonikiem czy pomagania w dźwiganiu plecaka.
Przy okazji jubileuszu wspomnień jest mnóstwo. Jak się okazuje, w górach prawdziwi twardziele mogą natrafić na mięczaki. – Często podczas rajdu robiliśmy przynajmniej jedno przejście nocne – dodaje Karolina. – Dla dzieciaków z podstawówki to ogromna frajda. Pamiętam wyprawę na Lubań. Gdy dotarliśmy do celu, porozkładaliśmy jakieś foliowe worki na trawie, śpiwory, buty pod głowę i po prostu w trawie położyliśmy się spać. Obudziliśmy się cali w ślimakach. Była ich masa i oblazły nas niemal całkowicie, gdy sobie smacznie spaliśmy. Tego nie da się zapomnieć.
Dinozaury turystyki Sobotni jubileusz przyciągnął kilka pokoleń turystów z Rdzawki. Po Mszy św. w kościółku na Piątkowej wszyscy zeszli do leśniczówki na ognisko. Były życzenia, podziękowania, wspomnienia. Wielki tort, a całość zakończyła wyprawa na Luboń. Oczywiście nocą.
– Szkoda, że dziś turystyka piesza jest w odwrocie – martwi się Andrzej Kubiński. – Pamiętam dawniej wrześniowe rajdy, kiedy spotykało się w górach masę studentów. Teraz tego już nie ma – wszyscy chcą wyjechać, by jak najmniej chodzić, co najwyżej dotrzeć do schroniska, i tyle. Tymczasem prawdziwy rajd powinien odbywać się na zasadzie, że wychodzimy i mamy dojść do celu, bez względu na cokolwiek – może lać, ale trzeba iść. Bo dopiero to pozwala poczuć prawdziwą radość z osiągnięcia celu.
– Wymieramy – nie bez żalu zauważa Adam Kowalczyk. – Jedyna nadzieja w takich kołach i ludziach, którzy spróbują zarazić innych, pokazać, że można i że jest to wspaniałe.
Józef Figura
0 0
Pamietam ten rajd w Bieszczady i fajnie go wspominam....szczególnie tych żołnierzy na granicy...
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz