Wołodymyr przyjechał tu, bo w Ukrainie nie miał szans na walkę z nowotworem.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"101800"}
Ruczaj w starosłowiańskim słownictwie oznacza wartko płynący strumień, jednak dla wielu ukraińskich rodzin nowotarski obiekt o tej nazwie stał się oazą spokoju, który osusza łzy.
Małżeństwo Adamków ze Lwowa jest ze sobą już 40 lat; Olga (58 lat) prowadziła mały sklepik wielobranżowy a 66-letni Wołodymir, elektronik od systemów kolejowych, dopiero co przeszedł na emeryturę, jednak nie dane było mu cieszyć się wypoczynkiem.
Leczenie choroby nowotworowej, która zaatakowała go nagle, wiązało się z pobytem w Kijowie, ten zaś nagle zaatakowali Rosjanie i Instytut Onkologiczny przy Wasilkowskiej przestał działać. W rodzinnym Lwowie nie bardzo potrafiono sobie z tym przypadkiem poradzić, lecz znajomy profesor skontaktował się ze swym kolegą po fachu w Krakowie i już tydzień później Adamkowie znaleźli się w Polsce, a etapem docelowym stał się Oddział Onkologiczny Szpitala Powiatowego w Nowym Targu, którego lekarze po nieudanej terapii, podjęli wespół z onkologami z Suchej Beskidzkiej kolejna próbę innej metody walki z nowotworem Wołodymira. Aktualnie trwa więc przedłużające się (nie wiadomo dlaczego – przyp. autora) oczekiwanie na wyniki badań, które ugrzęzły u specjalisty w Suchej; póki co pozostały tabletki i nadzieja. Nadzieja, której nie traci jego żona, dobry duch kuchni ośrodka w którym przebywają, gdyż jak się okazało pani Olga jest znakomitą kucharką, spod ręki której wychodzą nie tylko ukraińskie specjały. Od kilku dni lepi wigilijne „uszki”!
Wiktoria Abramowa od czterech lat jest wdową, jej mąż lekarz przegrał z chorobą nowotworową co zupełnie odmieniło życie ekonomistki, zarządzającej dużą firmą technologiczną w Charkowie. Wiktoria skoncentrowała się na najbliższej rodzinie; córce Marinie, pielęgniarce w prywatnym przedszkolu, wychowującej wraz z mężem Wiktorem Szaposznikowem, prowadzącym firmę metalową, dwóch synów w wieku 8 i 14 lat. Bombardowanie od pierwszego dnia wojny uszkodziło wiele bloków na ich osiedlu, więc podjęto decyzję o ewakuacji kobiet z dziećmi. Kilkudniowa odyseja przez Lwów i Kraków za sprawą wolontariuszy zakończyła się na początku marca br. w Nowym Targu, gdzie czwórka ta dołączyła do przebywających już w ośrodku uchodźców z Ukrainy, włączając się w codzienny rytm funkcjonowania tej przymusowej społeczności. Los sprawił, że Marina trwale zapisała się w historii Ruczaju dzięki sprawnej restytucji przebywającego tak dziecka, u którego doszło do zatrzymania akcji serca. Przybyłe na miejsce służby medyczne z uznaniem wyrażały się o działaniu Mariny, która wnet też dała się poznać gospodarzom jako osoba pełna empatii, życzliwości i zaradności, stając się niejako przywódcą ukraińskiego stadka.
Babcia Wiktoria wspomaga ją w pracy, sporo czasu poświęcając wnukom, które znalazły miejsce w tutejszej Szkole Podstawowej nr 5; ośmioletni Matwiej chodzi do trzeciej klasy, a czternastoletni Ilia do ósmej.
Mamie udało się na kilka dni wyjechać do ojczyzny i spotkać się z mężem, który z racji swojej profesji potrzebny jest na miejscu; oboje jednak nie wiedzą, co będzie dalej.
Marina Szaposznikowa póki co, wynajęła dla swego stadka mieszkanie w pobliżu, dba o kondycję fizyczną i szykuje się do marcowego egzaminu na ratownika medycznego; być może niebawem zasili szeregi miejscowej służby medycznej. Ale chłopcy chcieliby znów pójść z ojcem na ryby…
Maria Susoj pochodzi z okolic Krzywego Rogu, z małej miejscowości na zachodzie Ukrainy. Kiedy spadły pierwsze rakiety, wraz z trójką dzieci: dwudziestoletnią Julią, dziesięcioletnią Żenią i dwulatkiem Miszą wyjechała do Polski, sama, bez męża. Dymitr, górnik z zawodu, z racji swej profesji pozostał na miejscu. Pożegnanie było smutne, ale żarliwe i już po przyjeździe do Polski Maria uświadomiła sobie, że jest w ciąży. Długie i tkliwe były ich telefoniczne rozmowy, kończące się najczęściej łzami, ale gdy we wrześniu przyszła na świat ich córka Miłana, popłynęły łzy radości. Dima nie wytrzymał i tak usilnie starał się o urlop, aż udało mu się na początku grudnia przyjechać do Nowego Targu, nie bez perypetii po drodze i wielogodzinnej podróży. Ale pobyt z najbliższymi rekompensuje mu niewygody, a maleńkiej „doczki” nie wypuszcza z rąk. Ciesząc się każdą wspólną chwilą, Dymitr zakupił dla swojej rodziny wszystko, co było potrzebne na teraz. Niestety, on sam, najbardziej im potrzebny, musi wrócić do ważnej dla ukraińskiej gospodarki pracy. I znów poleją się łzy…
Takich rodzin jest w naszym regionie wiele; trzeba o nich pisać jak najwięcej, aby wlać w ich serca otuchę, która osuszy łzy…
Jacek Sowa
Fot. Maria i Dymitr Susoj z dziećmi cieszą się wspólnymi chwilami.
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz