Najpierw dowód i ankieta. Zdrowy? Nie pił? Nie miał wypadku? Nie przeszedł operacji? Nie wyrywał zęba? Nie ma przeciwwskazań. Patrzę, jak uchodzi ze mnie krew.
Doktor Grażyna Droszcz, anestezjolog, od kiedy przeszła na emeryturę, pracuje w stacji krwiodawstwa. Pamięta różne reakcje przychodzących tu ludzi. Także czterdziestoparoletniego mężczyznę, który przyszedł oddać krew, bo jego żona przeszła operację. Chciał tylko zwrócić dług. – Zapytałam go, czy nie chciałby przyjść jeszcze kiedyś, ale tak honorowo. Powiedział, że nie. Zauważyłam, że przecież ktoś bezinteresownie dał krew, która uratowała jego żonę. „Jak głupi, to dał” – odpowiedział. A mnie zamurowało.
Dzięki jednemu z kilkuset takich „wariatów” jego żona przeżyła. Ale to do niego nie dotarło. Oddał krew, dług spłacił i kwita. Nie martwi się, że może przyjść czas, gdy dla niego zabraknie ratującego życie płynu.
Flisak skłutyGenowefa Kopeć pracuje w stacji od szesnastu lat. Kiedyś marzyła o asystowaniu na bloku operacyjnym, ale gdy skończyła szkołę pielęgniarską, praca była jedynie w stacji krwiodawstwa. Dziś nie bardzo widzi się gdzie indziej.
Jest piątek, dziesiąta rano, na korytarzu pustki. Przede mną jeszcze krew oddaje młody mężczyzna. Stały bywalec. Na koncie ma ponad dwadzieścia litrów. Dlaczego to robi? Jak wielu, pytanie kwituje wzruszeniem ramion. Tak trzeba, komuś to pomaga.
Jak co dzień, przez punkt przewinie się pewnie około dziesięciu dawców. Do rzadkości należą dni, że przyjdzie nawet trzydzieści osób. Ale to podczas jakiejś akcji – poważny wypadek, choroba kogoś bliskiego, sąsiada. Ale takiego, którego się zna. O dziwo, akcje promocyjne w telewizji, katastrofy lotnicze czy autokarowe nie robią wrażenia na ludziach. Co innego, gdy przywołać konkretną postać i grymas bólu na twarzy błagającej o życie.
– Wiele osób zaczynało w wojsku. Kiedyś na komisjach padało pytanie – oddajesz krew, czy chcesz bilet od razu? Więc oddawali. Ktoś spróbował i został – zaznacza Halina Czerwińska. – Teraz sporą grupę dawców stanowią flisacy. Co roku na rozpoczęcie i zakończenie sezonu organizujemy akcję na przystani i wówczas przychodzi ze czterdziestu chłopa. Silni, zdrowi. A jakie mają żyły! Tylko się wkłuwać!
Szał czerwonych krwinekKrótka ankieta, chwila biurokracji, wprowadzania danych do systemu komputerowego i pierwszy kontakt z igłą. Pielęgniarka wkłuwa się sprawnie w żyłę, by pobrać próbkę krwi do badania. Teraz jeszcze tylko wizyta u lekarza – ogólne badanie i okazja do zadania kilku pytań. Pierwsze, które ciśnie się każdemu nowicjuszowi – czy to niebezpieczne?
– Wręcz przeciwnie – przekonuje Grażyna Droszcz. – Nawet starożytni w celach zdrowotnych upuszczali sobie krew. Oddanie tych 450 ml ma bardzo korzystne skutki. Przede wszystkim krew się rozrzedza. Normalnie, gdy jest gęsta, serce musi coraz ciężej pracować.
Przecież jest różnica między przetaczaniem smoły a wartkiej wody. Do tego mniej stężona krew wręcz wypłukuje z naczyń osiadające na ściankach substancje. A poza tym człowiek czuje się lepiej. Samopoczucie się poprawia, przychodzi chęć do pracy.
I jeszcze do tego dochodzi świadomość, że ta szklanka krwi może dla kogoś oznaczać życie.
Nie ma mowy o zakażeniu. Jednorazowe są nie tylko igły, ale całe pakiety do pobierania krwi. Wszystko jest podwójnie zapakowane, otwarcie następuje tuż przed zabiegiem i na oczach dawcy. Pielęgniarka też zakłada jednorazowe rękawiczki – inną parę podczas wkłucia, inną podczas wyjęcia igły. Sam zabieg to kilka minut spędzonych w głębokim fotelu. Lekkie ukłucie na początek, a potem zacisk dłoni na gumowej piłeczce. – Często przychodzi młodzież – przyznaje Halina Czerwińska spoglądając na czerwieniejące rurki, a potem woreczek. – Najwięcej przychodzi z technikum weterynaryjnego, są też z innych szkół średnich. Do tych dalszych – w Jabłonce czy Krościenku to sami dojeżdżamy. Wiele zależy od nauczycieli lub osób, które same oddają i innych namawiają. Jeździmy też na akcje – dzwonimy, jak akwizytorki jakieś, po plebaniach, pytając, czy możemy przyjechać w jakąś niedzielę. Zawsze jakieś 20 do 40 osób przyjdzie. Festyny raczej odpadają – zbyt wiele ludzi jest już po „piwku”, a to dyskwalifikuje takiego dawcę.
Teraz czas na przyjemności – pani Michalina Walkowicz przygotowuje kubek kawy, bo czegoś trzeba się po zabiegu napić. I wydaje przynależną każdemu dawcy porcję żywności – konserwę, osiem czekolad i sok w kartoniku. Jeszcze na drogę zwrot kosztów dojazdu, L4 i można wracać.
A legendy o spektakularnych omdleniach, potężnych facetach, padających po ukłuciu jak muchy? Po mnie na fotelu zasiada Maria. Młoda dziewczyna pierwszy raz oddała krew w liceum. Zrobiła to, choć mama nie bardzo chciała pozwolić. Z uśmiechem przygląda się, jak pielęgniarka wbija igłę, a cienkim kanalikiem ucieka gęsty płyn. – Ale ludzie reagują różnie – zauważa pielęgniarka. – Bywają omdlenia, ale zwykle, gdy przyjdzie pobierać krew na przykład podczas akcji w szkole. Wtedy jeden uczeń drugiego „nakręca”, opowiadając różne historie. A jak już ktoś zemdleje, to zaczyna działać prawo serii.
Pieniądze to za małoW ciągu roku w nowotarskiej stacji dokonuje się blisko 3 tysięcy pobrań. Średnio oddaje krew około 200 osób. – Przydałoby się ze dwa razy więcej. Przecież coraz więcej krwi potrzeba przy coraz bardziej skomplikowanych i specjalistycznych operacjach w krakowskich klinikach. Dramatycznie było w czerwcu – wiele operacji planowych zostało odwołanych z powodu braku krwi. Lekarze ratowali sytuację, prosząc rodziny pacjentów z zaplanowaną operacją o oddawanie krwi. Przyszła do nas pewna pani z awanturą, jakim prawem to robimy? Dlaczego ona ma oddawać krew, skoro ona płaci i ubezpiecza się w NFZ? Cóż zrobić, nie ma wyjścia. Krew z kranu nie poleci.
Józef Figura
0 0
No i bardzo dobrze. Jeszcze tego brakowało aby krew z kranu leciała.
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz