Choć historia mieszkańców osiedla Majdówka przypomina niezapomnianą polską komedię, wcale zabawna nie jest. Od kilkunastu lat mieszkańcom Ochotnicy Górnej sen z oczu spędza "nielegalna" droga.
::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"19349"}
Z asfaltowym dywanikiem byłby święty spokój, gdyby był - zdaniem pani Bożeny - położony "po sprawiedliwości, a nie po ludzkiej krzywdzie". Tę przeszło 16 lat temu wyrządziły ówczesne władze gminy, które nie zważając na przepisy i brak prawnego uregulowania gruntu, wytyczyły drogę. Dla części mieszkańców w tym momencie cała sprawa się zamknęła, dla części dopiero zaczęła, bo droga w niektórych miejscach wytyczona została po prywatnym, a w niektórym po udziałach gruntowej spółki.
Konflikt między sąsiadami w ubiegłym tygodniu podgrzało urzędowe zawiadomienie, w myśl którego na prośbę pana Romana miało dość do rozgraniczenia. Mimo wyznaczonego terminu do samego podziału gruntu nie doszło, bo miejscowy geodeta, choć pojawił się na osiedlu Majdówka, nikomu specjalnie niczego nie tłumacząc, wycofał się z podjęcia jakichkolwiek czynności. Sprawy tym jednak nie zamknął, bo zgromadzeni na wezwanie zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać, chcąc dociec, kto ma rację.
Według wyjaśnień kilku sąsiadów pan Roman, który wszczął procedury rozgraniczenia, zaczął jednocześnie szukać świadków tzw. "zasiedzenia", co pozwoliłoby uszczuplić udziały w gruntach 19 udziałowcom chętnie bądź niechętnie związanym z "nielegalną" drogą. Ci zaprotestowali.
- Ludzie od dawien dawna za spółkę płacą pieniądze, a on nie dał ani grosza - zaczyna pani Bożena, jedna z tych dziewiętnastu. - Na dodatek bez żadnej zgody zagospodarował przylegające do swojej działki udziały spółkowiczów - twierdzi. - Za nim jest wójt, sekretarz i cała gmina - przekonuje pani Bożena.
- A kto jest za tobą, nie powiesz? - kończy wywód sąsiadki pan Franciszek, ojciec pana Romana.
Wspólne, ale osobno Zdaniem pana Franciszka porządek z drogą na osiedlu można było zrobić dawno temu, gdyby było porozumienie z sąsiadami. Żeby można było wylać asfalt do górnej części osiedla, on sam rozebrał część starego domu, na który teraz - jak twierdzi - złośliwie niektórzy mieszkańcy sypią ziemię. Bo dom według nich nie powinien być obcięty, ale dawno temu rozebrany, by można było odwodnić drogę.
Inną sprawą jest płot postawiony przez pana Franciszka na części wyasfaltowanej już drogi, ograniczający znacznie przejazd. Stanął w miejscu, gdzie sąsiadka, chcąc zachować niewielką działkę, nie przesunęła się z granicą. Zdaniem starszej kobiety przesuwać się nie musiała, bo droga równie dobrze mogłaby iść po spółkowym, ogrodzonym przez pana Franciszka. Dlaczego? Bo ona sama pod drogę przekazuje swoje prawie 20 arów. - Kiedyś tutaj ciężarowe auta mogły jeździć, a teraz karateka czy straż ma problem - mówi pani Bożena.
To nie jedyny mankament tego miejsca. Konflikt sąsiedzki narósł do takich rozmiarów, że na wąskiej drodze sąsiedzi zaczęli sobie robić na złość, zasypując asfalt lub wysypując na niego gwoździe. Pojawiły się także kontrole, głównie z nadzoru budowlanego.
Dobro po swojemuNa kilka dni przed rozgraniczeniem pana Romana do wszystkich udziałowców przyszedł list od "życzliwego", ostrzegający przed podziałem gruntu. "Pan F., mając dobrego doradcę w gminie, nie będę wymieniał o kogo chodzi, postanowił przeprowadzić rozgraniczenie działki do celów sądowych. Sąd może mu przyzna działkę przez zasiedzenie, dlatego są państwo powiadomieni o przeprowadzeniu granic. Jeżeli państwo się na to zgodzą i się podpiszą, będzie już po, jeśli się nie podpiszą, będą świadkowie, że jego zabudowania stoją dłużej, niż 15 lat. Sąd nie będzie miał żadnych wątpliwości do przyznania własności panu F. Pan F. rządzi całym osiedlem i manipuluje większością, nie dba o dobro wspólne, lecz o swoje".
Pani Bożena zapewnia, że chętnie odda pod niedokończoną drogę 4 metry (w sumie 7 arów). Warunek jest jeden: droga ma mieć jednakową szerokość na całej długości - nieważne, czy pójdzie przez udziały spółki, czy też po prywatnym gruncie. Teraz jednak swoje grodzi, bo sama musi utrzymywać odcinek niewyasfaltowanego przejazdu. Korzysta z niego wielu właścicieli pól, nie angażując się w remont. Drogi tej nie odśnieża też gmina. - Ja jak sobie bramę postawiłam na swoim, to mi wójt wysłał policję, że nie puszczam ludzi - wspomina. Dodaje, że gdy poprosiła o pomoc byłego sołtysa, usłyszała, że nie da rady nic zrobić, bo to prywatna droga.
Pat i podpis niepiśmiennejJak zgodnie twierdzą mieszkańcy, droga mogła być zrobiona już w 2006 r. Wówczas wytyczył ją geodeta. Niestety, dokumenty złożone w tej sprawie w starostwie nowotarskim zablokowało pismo złożone przez 3 mieszkańców, w tym przez panią Marię - kobietę, która w związku z wiekiem podpisu złożyć nie umie. - Ja niczego nie podpisywałam, nie wiem, kto to za mnie zrobił - zapewnia starsza pani. Czytamy w nim: "my, jako współwłaściciele działek, przez które przechodzi droga do pól, nie wyrażamy zgody na przekwalifikowanie gruntów, ponieważ tę drogę zrobiliśmy własnymi siłami i korzystamy z niej jako dojazdu do pól i pastwisk położonych w jej obrębie (...) Z drogi tej korzystają wyłącznie właściciele pól i pastwisk i nie zamierzamy uiszczać podatków drogowych, gdyż nie jest to droga utwardzona tylko gruntowa i nie jest żadną lokalną (...)"
- To wszystko granda - uważa pani Bożena. - Tutaj odpowiedzialność ponosi wójt, który wyłożył tę drogę asfaltem, ale wcześniej całej sprawy nie uporządkował - podkreśla.
Zgoda albo sądWójt Ochotnicy przyznaje, że droga na osiedlu Majdówka od kilku lat przysparza gminie problemów. - Od razu zaznaczam, że z rozgraniczeniem nie miałem nic wspólnego, to było z inicjatywy pana F. - zapewnia Kazimierz Konopka. Co do drogi, jest z nią sporo zmartwień, bo choć to droga gminna, bo znajduje się w wykazie urzędowym wojewody, do tej pory nie udało się jej uregulować prawnie (nie ma ona założonej księgi wieczystej). - Próbujemy to zrobić od 5 lat - wyjaśnia. Przyznaje, że skoro jest to droga publiczna, w związku z jej zagrodzeniem przez panią Bożenę i jej nieudostępnieniem właścicielom gruntów musiał wzywać policję.
- Jest wielu właścicieli, którzy chcieliby uregulować stan prawny tej drogi, by w końcu rozwiązany został problem z przejazdem. My do tej sprawy podchodziliśmy 3 razy i 3 razy płaciliśmy za to geodecie. Nie chcę wchodzić w konflikty sąsiedzkie, dlatego planuję w najbliższym czasie z tego właśnie względu skierować tę sprawę do sądu - zapowiada wójt.
Zdaniem włodarza gminy asfalt powinien być położony na całym odcinku, a nie urwany w połowie. Objęty nim powinien być również dojazd do pani Bożeny. - Chcielibyśmy to rozgraniczyć, ale każda ze stron powinna pójść na jakiś kompromis, każdy musi trochę ustąpić. Gdyby się to udało, a nie - jak do tej pory - "ząb za ząb", nie trzeba byłoby wydawać niepotrzebnie pieniędzy na sąd i czekać latami na dojazd. Tutaj trzeba tylko odrobinę dobrej woli - zaznacza Konopka.
Część mieszkańców przekonuje, że wolę do ugody mają, stąd ich i wójta propozycja spotkania w poniedziałek 17 czerwca o godz. 10 w urzędzie gminy z wszystkimi właścicielami i udziałowcami spółki.
ad
0 0
to jest nagminne postepowanie wojta ,ktory mysli ze ma wladze to mu wszystko wolno ,a niektore kotlety beda odgrzewane po latach i roznie sie to moze zakonczy.......
0 0
bozenke i wszystkich adasiow wysłac do diabła i wtedy bedzie spokoj!!!!!!!!!!!!!!!!
0 0
ta bozenka to i mi grodzila z wladziem jak ja wziolem w obroty to zmiekla moment ale poszli w mojdowke i cisza zato romek tam ma problem
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz