Obok fotograficzna relacja Magdaleny Lipkowskiej z wycieczki na Wołowiec z Dol. Chochołowskiej. W piątek tuż przed zachodem słońca Chochołowska opustoszała. To była nieoceniona chwila. Ciszę i spokój zagłuszały tylko ćwierkające ptaki. Krokusy pomału kładły się spać, aby ponownie rano mogły rozłożyć swoje kielichy do zapowiadającej się cudownej pogody i krokusowego oblężenia. Przed 7 rano na Polanie było zaledwie kilku zagorzałych fotografów. My na szczęście uderzyliśmy na Wołowiec. Szlak początkowo był oblodzony, natomiast górą z powodu dużego ocieplenia zrobiło się miękko i można było wpaść po same uda w śnieg. Tuż przed Rakoniem zaczął wzmagać się wiatr, który w miarę pokonywania wysokości stawał się coraz mocniejszy. Było zimno, ponownie ślisko i bardzo twardo. Na Wołowiec dotarli tylko nieliczni. W drodze powrotnej do schroniska, chyba nikt z nas nie spodziewał się takich tłumów. To był armagedon. Kolejka do toalety była na godzinę stania, nie wspominając już o zamówienia posiłku czy wypicia piwa.
2017-04-02 22:01:46