Uczestniczył w 300 wyprawach ratunkowych. Często można go spotkać z grupą turystów w górach. - W Tatry zacząłem chodzić, jak byłem małym chłopcem. Ojciec zabierał mnie do pomocy, gdy szedł z turystami na wyprawy - wspomina Kazimierz Gąsienica Byrcyn, przewodnik tatrzański i ratownik górski. Mimo, że tekst ukazał się w 2007 roku to fajnie do nich wracać zwłaszcza przy tak niesamowitych postaciach jak pan Kazimierz.
Pasja góry
Niewielki drewniany domek na Gładkiem, już wysoko na stokach Gubałówki. Mieszka tam Kazimierz Gąsienica Byrcyn – najmłodszy syn znanego przewodnika Stanisława seniora i wnuk Jana Gąsienicy Byrcyna, który zaczął wodzić turystów po Tatrach jeszcze w czasach, gdy powstawało Towarzystwo Tatrzańskie. Wcześniej najmował się jako tragarz. W 1902 roku był przewodnikiem ks. Walentego Gadowskiego na wycieczce, która prowadziła przez Żelazne Wrota i z Doliny Złomisk na Ganek, a potem z Mięguszowieckiej Doliny na Przełęcz nad Szerokim Żlebem i przez Pośrednią Basztę na Szatana. Następnego dnia szli z Mięguszowieckiej Doliny przez Wagę do Ciężkiej Doliny. W 1909 roku Jan i Stanisław brali udział w wyprawie po Mieczysława Karłowicza. Walery Eljasz Radzikowski namalował dziadka Jana jako przewodnika na obrazie olejnym „Turystki w Tatrach”, który znajduje się w zbiorach Muzeum Tatrzańskiego. Pan Kazimierz zaprasza do wnętrza, które wypełnione jest fotografiami ratowników górskich i przewodników tatrzańskich. Wielu z nich już nie żyje. Gospodarz potrafi o każdym z nich coś opowiedzieć. Wymienia: Jasiek Tomków, Zarycki, Ceberniok, Grandys. Jest też znów syn Bartusia Obrochty z wnukami. – A to „Świstak” – łódź, która pływała po Morskim Oku. Gdy mieliśmy dyżur ratowniczy, jeden pozostawał na miejscu, a reszta biegła na poranną wspinaczkę. Później woziło się turystów łodzią – wspomina dawne czasy. Niektóre fotografie oprawił w rzeźbione ramki własnej roboty, bo panu Kazimierzowi nie są obce snycerka i kowalstwo. W domu jest również wiele elementów kowalskich, które zdobią schody lub drzwi.
Wśród pamiątek
Jedną ze ścian dekorują odznaczenia państwowe oraz odznaki związane z ratownictwem, przewodnictwem i turystyką. – To jest Złoty Krzyż Zasługi, który ojciec dostał w 1925 roku przy okazji otwarcia „Murowańca” – opowiada. – Takie samo odznaczenie otrzymał wtedy Mariusz Zaruski. Zostały też ojca blachy przewodnickie – jedna projektu Walerego Eljasza Radzikowskiego. Do niedawna w domu była też lina wspinaczkowa, którą w 1910 roku tato dostał w nagrodę za zjazd na nartach z Kościelca – dodaje. Byrcynowy domek wypełniony jest mnóstwem taternickich szpejów. Liny, czekan, raki, karabinki. Jedne pamiątkowe z dawnych lat, inne współczesne. Pana Kazka zawsze można spotkać na zawodach na starym sprzęcie narciarskim. Jest tam barwną postacią, którą oblegają fotoreporterzy. Pokazuje, jak się jeździło, używając zamiast kijków – bambusa. – Mam stare narty, które były jeszcze wykonane w Szkole Przemysłu Drzewnego. Bez krawędzi, z charakterystycznymi dziubkami. Pamiętam, gdy byłem małym chłopcem, to jeździłem właśnie na takich nartach. A kij bambusowy jest oryginalny, żadna podróbka – zastrzega. – Należał do sąsiada, który długo mieszkał w domu bez komina. Było to jeszcze w latach 50. On na tym bambusie wieszał słoninę i wędził, dlatego na kiju pozostały ślady od dymu – tłumaczy. Kazimierz Byrcyn często prowadzi turystów na wycieczki w góry. Podczas wędrówek nigdy nie rozstaje się ze starym góralskim kapeluszem, który też ma swoją historię. Należał bowiem do Szymona Krzysia – zakopiańskiego wozaka i muzykanta z rodziny Grandysów. – Nasza ciotka Byrka wyszła za starego Grandysa, który był sąsiadem księdza Stolarczyka. Gdy Grandysowie remontowali swoją chałupę, znaleźli kapelusz z łańcuszkiem po Szymonie, a później ja go dostałem – wspomina pan Kazimierz. Jedną z pasji Byrcyna – prócz gór – jest kolekcjonowanie kapeluszy i czapek. Ma ich kilkanaście. Wśród nich jest kowbojski kapelusz przywieziony z Ameryki i myśliwski – z jelenią kitką. – Kiedyś taka moda przyszła z Niemiec. Jest też czapka z łońskiego barana. Gdyby te czapki umiały mówić, opowiedziałby wiele różnych historii – żartuje pan Kazimierz.
Wyprawy i przyroda
Ratownictwo górskie i przewodnictwo, to tradycja w rodzinie Byrcynów. Jest to też najczęstszy temat do rozmów i wspomnień. – W góry chodziłem jeszcze jako mały chłopiec. Ojciec zabierał mnie do pomocy. Po prostu praktykowałem – śmieje się. – Góry górami, ale trzeba było z czegoś żyć i nauczyć się konkretnego zajęcia, dlatego zdobyłem zawód instalatora wod.–kan., ale po zdaniu egzaminu czeladniczego zaraz poszedłem pracować do pogotowia. Tam nas gonili na rozmaite kursy i szkolenia – speleologiczne, lawinowe, a potem śmigłowcowe – wylicza. Podczas kursu na instruktora narciarskiego szkolili go starzy wykładowcy i instruktorzy, m.in. Teodor Dawidek i Józef Walczak. Kazimierz Gąsienica Byrcyn przez wiele lat był zawodowym ratownikiem górskim. Przez długi czas był zastępcą naczelnika Grupy Tatrzańskiej GOPR. Uczestniczył w prawie 300 wyprawach ratunkowych w Tatrach, często kierował tymi akcjami. Setki razy zwoził narciarzy, którzy ulegli wypadkom. – Bardzo lubię podpatrywać górską przyrodę. Trzeba umieć wypatrzyć kozicę, wiedzieć, o jakiej porze świstak chowa się do nory. Najlepszym barometrem są jaszczury, które na ładną pogodę idą do potoku, a wychodzą na deszcz – tłumaczy pan Kazimierz. Na górskich szlakach wielokrotnie spotykał zwierzęta. Nie jeden raz na drodze stanął mu niedźwiedź. Kiedyś uczestniczył w wyprawie po turystę, który spadł z Siwej Przełęczy do Siwych Stawków. Do centrali wiadomość o wypadku dotarła późnym wieczorem, więc ratownicy wyszli z Hali Ornak, gdy zaczynało już dnieć. A była to wiosna. – Trawersowaliśmy od Doliny Pysznej. W pewnym momencie nadszedł niedźwiedź. Był od nas w odległości 20 metrów. Kiedy my stanęliśmy, on też. I tak patrzyliśmy na siebie. Chwycił za skarłowaciałe drzewko jarzębiny, objął je i zaglądał to z jednej, to z drugiej strony. Pewnie myślał, że go nie widać. Później cały czas nam towarzyszył, aż do momentu, kiedy znaleźliśmy turystę. Nawet patrzył, jak robimy opatrunek. Usiadł wtedy jak stare chłopisko. Potem poszedł w swoją stronę, a my w swoją – snuje opowieść ratownik.
W schroniskach
Bardzo często dyżury ratownicze wypadały panu Kazkowi w schroniskach, więc był zaprzyjaźniony z gospodarzami. – Pani Dziunia Łapińska w Morskim Oku wymagała od nas, żebyśmy na dyżurach byli pięknie ogoleni i ostrzyżeni. Zawsze przynosiliśmy jej kwiatka. Gdybym przyszedł tak zarośnięty jak dziś, to by mnie wygnała – żartuje. – Bardzo miło nas przyjmowała ciotka Krzeptowska w Pięciu Stawach. Przed wyjściem zawsze nakarmiła i dawała dobre rady. Pamiętam, jak Józek Krzeptowski, ciotki syn, uczył się robić z książki kucharskiej omlety. Jędrek budował w śniegu igloo i siedział w nim razem z psem o imieniu Filanc. Kiedyś przez okienko obserwował, jak ciotka Krzeptowska idzie do góry z ciężkim plecakiem. Niosła w nim dla niego prowiant, bo Jędrek pilnował schroniska, a nie było wtedy żadnych turystów. Śnieg był po pas. Kiedy mama wyszła na morenę, Andrzej wyskoczył z igloo i mówi: „E, mamo. Ale zeście piyknie sła z tym plecakiem do góry”. Z Andrzejem Krzeptowskim juniorem pan Kazimierz zjeżdżał z Miedzianego na pokryte grubym lodem stawy. Brali udział w zawodach narciarskich, organizowanych przez politechniki gdańską czy wrocławską. W pamięci pozostały wspomnienia z sylwestrów w „Murowańcu” na Hali Gąsienicowej. Ratownicy, przewodnicy, turyści wychodzili na Kasprowy Wierch i później wężem zjeżdżali, trzymając w rękach zapalone pochodnie. Czasem nie obyło się bez akcji ratowniczej. – Kiedyś podczas sylwestra w Morskim Oku byłem na wyprawie poszukiwawczej. Do schroniska nie wrócił mężczyzna. Jego koledzy twierdzili, że wybierał się na Wrota Chałubińskiego, aby tam powitać Nowy Rok. Szukaliśmy wiele godzin, ale ani faceta, ani żadnych śladów. Wróciliśmy dopiero rano. Pani, która sprzątała salę w schronisku, poszła wyrzucić śmieci do kontenera i znalazła w nim śpiącego turystę – przypomina sobie zdarzenie. Kazimierz Gąsienica Byrcyn podkreśla, że pracował z najlepszymi przewodnikami i ratownikami, m.in. Józkiem Krzeptowskim „Ujkiem” i Wawrytkami.
Tekst i fot.: Jolanta Flach
Tygodnik Podhalański 51-52/2007

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

29.05.2026
Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

01.06.2026
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

01.06.2026
SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

29.05.2026
RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

22.05.2026
RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

12.05.2026
Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz