Z archiwum TP

Zamknij

Kolorowe wiatraki - nasz wstrząsający reportaż z Meksyku (WIDEO)

Jurek Jurecki 16:58, 09.02.2022
Treść artykułu pod wideo ↓
Skomentuj Kolorowe wiatraki - nasz wstrząsający reportaż z Meksyku (WIDEO)

Od śmierci bardziej boją się porwania. Strach towarzyszy lokalnym dziennikarzom Meksyku każdego dnia. Każdego roku w Meksyku ginie kilkunastu lokalnych dziennikarzy i fotoreporterów. Pojechaliśmy tam by dać Państwu świadectwo tego co tam się dzieje. Tekst i film powstał kilka lat temu, ale już w tym roku, w 2022, zginęło tam już dwóch dziennikarzy.

::attachment{"type":"gallery", "template":"thumb3", "item_id":"91368"}

Grób Victora Manuela Báeza Chino nie różni się od innych. Gdyby nie pomoc starszego mężczyzny pracującego na cmentarzu, odnalezienie mogiły dziennikarza byłoby niemożliwe. Na białej płycie, oprócz nazwiska, daty urodzenia i śmierci, nie ma żadnej informacji. Pracownik cmentarza pamięta pogrzeb: czerwiec 2012 roku, trochę ludzi, dużo wojska z długą bronią. Wcześniej dwa miejscowe zakłady pogrzebowe nie zgodziły się na zorganizowanie pochówku zastrzelonego dziennikarza. To drugi dziennikarz pochowany na cmentarzu Bosques del Recuerdo w Xalapa, stolicy stanu Veracruz. To miasto jest wysoko na liście szczególnie niebezpiecznych rejonów Meksyku. Wojna karteli narkotykowych Los Zetas i Gulf o kontrolę nad szlakiem narkotykowym do USA przez Zatokę Meksykańską zbiera tu krwawe żniwo. Obaj zabici dziennikarze pracowali dla lokalnej gazety „Diario de Xalapa”. Victora Manuela Báeza porwano 13 czerwca 2012 roku, gdy ok. 23 wracał z pracy. Trzech uzbrojonych mężczyzn wciągnęło go do furgonetki. Nazajutrz jego ciało podrzucono na wąską ulicę na tyłach redakcji. Na ciele wypisano ostrzeżenie. Policja nie ujawniła jego treści. Doświadczony, 49-letni Báez od lat zajmował się tematami kryminalnymi. Oprócz pracy w lokalnej gazecie, współpracował ze stołecznym dziennikiem „Milenio”, był też redaktorem witryny „Reporteros Policiacos”. Regina Martínez Pérez była Indianką. Miała jedenaścioro rodzeństwa. Od dziecka chciała zostać dziennikarką. Realizowała swoje marzenie, spędzając sen z oczu wielu miejscowym politykom. Zginęła wczesnym rankiem 28 kwietnia 2012 roku. Dwa miesiące przed Báezem. Znaleziono ją uduszoną w domu przy Felipe Carrillo w dzielnicy Puerto. Miała 49 lat. Jej grób się wyróżnia: ktoś postawił na nim ręcznie wykonaną miniaturową maszynę do pisania, a na drewnianym krzyżu wpisał „Periodista”. Regina Martínez nie miała rodziny. Pisała do kilku lokalnych i regionalnych gazet: „La Jornada”, „Numero Uno”, „El Sol de Chiapas”, „Notiver”, a ostatnio też do tygodnika „Proceso”. - Zabójstwo Reginy Martínez było aktem agresji przede wszystkim wobec naszej gazety - przekonuje Jorge Carrasco, doświadczony dziennikarz „Proceso”, najważniejszego pisma politycznego w Meksyku. Tygodnik prezentuje wysoki poziom edytorski, przypomina polskie tygodniki opinii. - Regina była osobą bardzo szanowaną, wiedziała dużo o życiu politycznym, o osobach publicznych i ich związkach lub przypuszczalnych związkach z przestępczością, więc była niewygodną dziennikarką - opowiada Carrasco. Władze długo nie mogły darować dziennikarce reportażu opublikowanego przez „Notiver” - lokalną gazetę w Veracruz: była to historia Indianki w górach Zongolica, która zmarła po tym, jak została zgwałcona przez żołnierzy wysłanych tam do walki z przemytnikami narkotyków. Zdaniem Carrasco „Notiver” ugiął się potem pod naciskiem władz Veracruz i zwolnił dziennikarkę z pracy. Zaczęła współpracować z „Diario de Xalapa”. - Śmierć Reginy może być częścią przemocy wobec dziennikarzy, której autorem są same władze - uważa Carrasco.


Ciało miało ślady brutalnego pobicia

Redakcję „Diario de Xalapa” nietrudno odnaleźć w mieście. Dwa udekorowane w meksykańskich barwach żółte budynki. Siedzibę gazety z drukarnią łączy niewielki mur, ozdobiony kiczowatym pejzażem okolicy. W bramie strażnik. W mundurze policjanta, z karabinem w ręku, nikogo nie zatrzymuje ani nie wypytuje. - On ma tylko odstraszać - wyjaśnia Miguel Angel Salazar Garcia, reporter „DX”. Zgadza się na rozmowę, ale ze względów bezpieczeństwa nie ma mowy o wejściu do redakcji. Wchodzimy do małego pomieszczenia obok recepcji na parterze. Okno na północną stronę, wewnątrz prawie półmrok. - Tam, za tym oknem, widać dokładnie miejsce, gdzie podrzucono zwłoki Victora - pokazuje Miguel Salazar (tak podpisuje swoje teksty). Niebieski polar, ciemne, stare dżinsy. Ma ok. 40 lat, dwóch synów: sześcio- i siedmioletniego. Od 12 lat pracuje w „DX”. Zarabia ok. 5 tys. peso miesięcznie (ok. 1,2 tys. zł). Przez siedem lat zajmował się tematyką policyjną - dopóki nie pojawiły się groźby. Dziennikarz przyznaje, że dla własnego i rodziny bezpieczeństwa poprosił o zmianę działu. Śmierć Reginy Martínez i Victora Báeza podziałała na wyobraźnię lokalnych dziennikarzy. Ciało dziennikarki miało ślady brutalnego pobicia. Dochodzenie od razu utajniono. Szybko zatrzymano podejrzanego, ale nie siedział długo. Sąd zdecydował o zwolnieniu mężczyzny po tym, jak uznał, że brak niepodważalnych dowodów winy. Sędziowie zarzucili prokuratorom, że wymusili na zatrzymanym przyznanie się do winy. Dla bezpieczeństwa w „Diario de Xalapa” nie używa się już niektórych słów: „narcotráfico” (przemyt narkotyków), „narcotraficantes” (przemytnik narkotyków). - Chcieli mnie kupić za pięć tysięcy peso miesięcznie. Miałem pisać, co chcieli. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem, by rzucić tę pracę. Mówili: „Albo idziesz na współpracę, albo cię zabijemy”. Wiedziałem, że porwą albo zabiją. Kto? Takich pytań tu się nawet nie zadaje - opowiada Salazar. On się jeszcze nie ugiął.


Ktoś ugotował mojego kuzyna

51-letni Manuel Mendoza Taracena mieszka w Xalapie od 13 lat. Jest artystą malarzem, grafikiem. Starannie ubrany niewysoki brunet, wysportowana sylwetka. Od kilku miesięcy jest bezrobotny. - Mija dziewięć lat, od kiedy zniknął mój kuzyn Rodolfo Rincón Taracena. Był dziennikarzem w Tabasco. Dwa-trzy lata temu zatrzymano parę osób i jedna z nich zeznała, że ktoś ugotował mojego kuzyna - wspomina Manuel. Tak przestępcy w Meksyku określają sposób, w jaki pozbywają się ciała ofiary. Zwłoki zostają rozpuszczone w beczce z kwasem. Rodolfo Rincón Taracena miał 54 lata, gdy został porwany. Był dziennikarzem śledczym w „Tabasco Hoy”, lokalnej gazecie ukazującej się w południowo-wschodnim Meksyku. Pisał o handlu narkotykami i rosnącej przestępczości zorganizowanej w jego stanie. Ostatnio widziano go, gdy 20 stycznia 2007 roku ok. 20 opuszczał redakcję gazety. Kończył reportaż dotyczący nielegalnych tzw. aptek, zaopatrywanych przez handlarzy narkotyków. Ciała nie odnaleziono. Dochodzenie zamknięto 1 marca 2010 roku, po tym, jak aresztowano kilku dilerów z kartelu Los Zetas. Jak oświadczyła Silvia Cuéllar, rzeczniczka biura stanowego prokuratora generalnego w Tabasco, jeden z nich zeznał, że w 2007 roku w strzelaninie z policją zginął jego kolega odpowiedzialny za śmierć Taraceny. - Jak to możliwe, że dziennikarz podaje w swojej gazecie nazwiska przywódców bandytów, publikuje ich pseudonimy, a szef policji nie wie, gdzie ma potem szukać sprawców porwania tego dziennikarza? Co to ma być? - pyta Manuel Mendoza. - Co ja, jako zwykły mieszkaniec tego kraju, mogę zrobić? Nic!


Zginął z żoną i synem

Veracruz, portowe miasto nad Zatoką Meksykańską. Ponad 400 tys. mieszkańców. Kilkaset metrów od portu, przy skrzyżowaniu ulic Arista i José m. Peña stoi mały kiosk z gazetami. Kolorowe magazyny za folią chyba nie najlepiej tu schodzą, bo pożółkły w ostrym meksykańskim słońcu. Najważniejsze gazety leżą na stołeczku, obok którego krząta się kobieta. Część z nich przypina starannie do opartej o płot specjalnej siatki. Co ciekawe, nie ma tu żadnych tabloidów. Gazety są w formatach popularnych w Ameryce, czyli zdecydowanie nazbyt długie i wąskie. Prawie wszystkie informacyjne dzienniki regionalne i lokalne mają kolor tylko na pierwszej i ostatniej stronie. Większość gazet w Meksyku to dzienniki o nakładach kilku- bądź kilkunastotysięcznych. - Najbardziej popularny wśród tutejszych gazet jest teraz „Notiver” - mówi Carmela, która woli nie podawać nazwiska. - Czasami sprzedaję nawet 40 egzemplarzy, mimo że od czasu śmierci ich reporterów gazeta wygląda inaczej. Większość czytelników rozumie dlaczego i to akceptuje - dodaje. Seria morderstw, która dotknęła „Notiver” w 2011 i 2012 roku, spowodowała, że gazeta wycofała się z dziennikarstwa śledczego. Zdaniem Carmeli „Notiver” spośród lokalnych dzienników najdłużej opierał się pogróżkom. - Znam ich wszystkich, od dyrektora, aż po reporterów - mówi kobieta z dumą. - Wielu z nich wyjechało z Veracruz. Musieli wyjechać z powodu gróźb przemytników narkotyków - wyjaśnia. Nie wszyscy zdążyli. Jako pierwszy zginął od kul Miguel ángel López Velasco (znany jako Milo Vela), 55-letni zastępca redaktora naczelnego gazety. Nad ranem 20 czerwca 2011 roku grupa zamaskowanych mężczyzn włamała się do jego domu w centrum Veracruz. Velasco zginął z żoną Agustiną Solaną i synem Misaelem López Solaną, 20-letnim fotoreporterem „Notiver”. Na szczęście w domu nie było drugiego syna dziennikarza, także reportera dziennika (w 2013 roku, dzięki wsparciu Reporterów bez Granic, otrzymał azyl polityczny w USA). Miesiąc później zginęła Yolanda Ordaz de la Cruz. Urodzona w 1963 roku dziennikarka ponad 20 lat pracowała razem z Milo Velą przy sprawach narkotykowych i korupcji urzędników. Ostatnio opisywała wojnę karteli Los Zetas i Gulf. Dostawała listy z pogróżkami. Dzień przed porwaniem pojawiła się u Reynaldo Escobara, prokuratora generalnego. Dopytywała się o postępy w śledztwie dotyczącym morderstwa jej kolegi redakcyjnego i jego rodziny. Po dwóch dniach od porwania, 26 lipca 2011 roku, w dzielnicy Boca de Rio znaleziono części jej ciała. Przed śmiercią była okrutnie torturowana. Mordercy pozostawili na fragmencie jej ciała przekaz: „Przyjaciele mogą cię zdradzić! Z poważaniem Carranza”. Juan Carlos Carranza, były policjant, jest prawdopodobnie jednym z lokalnych liderów kartelu Los Zetas. W Veracruz panuje jednak przekonanie, że pozostawiony list ma odwrócić uwagę od prawdziwych sprawców zabójstwa. Do dziś morderców nie ujęto. 3 maja 2012 roku, w Międzynarodowym Dniu Wolności Prasy, w kanale La Zamorana w południowej dzielnicy Veracruz odkryto zmasakrowane zwłoki trzech byłych fotoreporterów „Notiver”. Gabríel Huge Córdova, Guillermo Luna Varela i Esteban Rodríguez rok wcześniej, zaraz po śmierci kolegów z redakcji, odeszli z gazety. Luna pracował dla portalu Veracruznews, Esteban Rodríguez wrócił do zawodu spawacza, a Gabríel Huge pracował jako freelancer i dziennikarz w radiu Poza Rica. Do dziś ma na Facebooku swój profil.


Zapłaciliśmy straszną cenę

Siedziby „Notiver” strzeże policja. Przy wejściu nie widać jednak żadnego strażnika. Podobno mają gdzieś wynajęte pomieszczenia i stamtąd obserwują budynek. Na parterze, obok biura ogłoszeń, ktoś przegląda archiwalne numery gazety. Trzy stanowiska do obsługi klientów wyposażone są w komputery. Na ścianie duży ekran telewizyjny. Dziennik ukazuje się od 1974 roku, ma nakład ok. 43 tys. egz., zatrudnia ok. 30 osób. Spotkanie z reporterami okazuje się trudne. Kilkakrotne wizyty w siedzibie „Notiver” kończą się na parterze informacją, że wszyscy są w terenie i nie wiadomo, kiedy wrócą. Na nic zdają się prośby o kontakt telefoniczny. Lecz niezapowiedziane wizyty ktoś tu kontroluje. Propozycję powrotu do redakcji na spotkanie z reporterem „Notiver” przekazuje mi nieznajoma osoba kilka przecznic od siedziby redakcji. - Nie podam swojego nazwiska ani imienia, nie można mnie też fotografować, nagrywać ani filmować. Proszę wybaczyć, ale tak się chronimy - mężczyzna jest lekko przygarbiony, ma krótko przystrzyżone wąsy, jest dobrze po pięćdziesiątce. Okulary na sznurku w bocznej kieszonce flanelowej koszuli w kratę. Wygląda na doświadczonego dziennikarza. - Strach przed śmiercią lub porwaniem towarzyszy nam każdego dnia. Miguel był dociekliwym reporterem śledczym. Pracował ze swoim synem. To byli moi przyjaciele - głos mu się łamie, gdy opisuje, jak wyglądało miejsce zbrodni. Nie kryje, że od śmierci jego kolegów jedyną skuteczną ochroną jest autocenzura. Przyznaje, że nie mieli odwagi, by w rocznicę śmierci zamieścić na jedynce informację o zmarłych dziennikarzach. - Napisaliśmy wewnątrz małą notkę. Ale bez zdjęć - mówi. Tak, groźby docierały do redakcji. - Na kolegiach redakcyjnych omawialiśmy to i zawsze wygrywała postawa, że to nasz obowiązek. Zapłaciliśmy za to straszną cenę - mówi mężczyzna. Choć do dziś sprawców nie wykryto, on nie ma wątpliwości, kto stoi za tymi zabójstwami. - Dom rodzinny Miguela jest tuż obok posterunku policji. Poza tym, kto bezkarnie wchodzi do cudzego domu nad ranem? Przecież to znany mechanizm. Najgorsze, że dziennikarze nie mogą liczyć na pomoc z żadnej strony - stwierdza. Pamięta tylko telefon ze stolicy, z Articulo 19, organizacji pozarządowej wspierającej redakcje, które poddawane są groźbom. - Poza nimi nikt się nami nie zainteresował. Nie czujemy żadnej solidarności, a tym bardziej z dziennikarzami z Mexico City - przekonuje dziennikarz. Małoletnie dzieci Yolandy dostają od wydawcy gazety stałą pensję. Tyle, ile co miesiąc otrzymywała ich mama. Na pogrzebie Miguela ángela Lópeza Velasco, jego żony i syna było około stu osób. - Strach kazał naszym czytelnikom zostać w domu - nie ma wątpliwości mężczyzna. Niektóre zakłady pogrzebowe odmówiły zorganizowania tradycyjnego pożegnania zmarłych. Też ze strachu. Kiedyś „Notiver” przyjmował stażystów z wydziału dziennikarstwa. Dziś nikt nie decyduje się, żeby przyjechać do tej redakcji. - Pamiętam, kiedy zaczynałem tu pracę 30 lat temu, jak kochałem ten zawód. Dziś rodzina mi mówi: „Rzuć to, zostań taksówkarzem albo sprzedawaj tortille”. Nie chciałbym, żeby mój syn był dziennikarzem - stwierdza mój rozmówca. A potem, gdy idziemy przez miasto, tłumaczy mi: - Ktoś powie: „Co ty tu jeszcze robisz? Straciłeś tylu kolegów. Przyjdzie pora na ciebie”. Ale czy mężczyzna po pięćdziesiątce tak łatwo rzuci to, co tyle lat budował? Wciąż mówię z dumą, że jestem dziennikarzem „Notiver”. Na cmentarzu Panteon de San Juan Evangelista trzeba iść 300 metrów prosto, potem w lewo, do starej części. Szeroka, biała betonowa płyta i doczepione do niej trzy małe drewniane krzyże. Miguel 1955-2011, Agustina 1958-2011, Misha 1988-2011 - ani słowa o tym, kim byli. Nie ma kwiatów, zniczy ani tradycyjnych kolorowych wiatraczków. Widać, że już dawno nikt nie odwiedził tego miejsca.


Najpierw zastrzelił synową, potem syna

Na samą myśl o Guerrero ciarki przebiegają po plecach. Informacje o kolejnych zabójstwach w tym stanie docierają stamtąd codziennie. Przez Guerrero prowadzi drugi największy szlak narkotykowy do USA. O kontrolę nad nim walczą aż trzy konkurencyjne kartele: Kartel Południowego Pacyfiku, Federacja Sinaloa i Niezależny Kartel Acapulco. Każdy chce się wykazać większym okrucieństwem, żeby wystraszyć konkurencję. W internecie roi się od makabrycznych obrazów z Guerrero. Obcięte głowy i poćwiartowane zwłoki. Ważny jest też PR: kartele chętnie widziałyby swoje ofiary na prasowych okładkach. Takie gotowce trafiają do redakcji lokalnych gazet. Nieliczne je drukują. José Francisco Zorroza, szef informacji w lokalnym dzienniku „El Sol de Acapulco” (11 tys. egz. nakładu), nie ma wątpliwości, że w walce z przestępcami meksykańscy dziennikarze nie mają szans. - Tu zabijają szefa policji, który ma cztery i pół tysiąca ochroniarzy! A naszą bronią jest dyktafon, notes i długopis. No i telefon komórkowy, który służy do robienia zdjęć i nagrywania - mówi Zorroza. Jego gazeta nie porusza już dziś niebezpiecznych tematów, wystrzega się też, jak inni, używania słów, którymi można podpaść. Zamiast „przemytnicy” piszą: „grupy przestępcze”, „przestępczość zorganizowana”. Korupcja też jest tematem tabu. - Czasami nachodzi człowieka refleksja: „Już dłużej nie mogę tu być”. Wysiada zdrowie, stres robi swoje. Ale czy mam zrezygnować ze strachu? - i Zorroza pracuje nadal. Podobnie myślał pewnie Juan Francisco Rodríguez Ríos, korespondent „El Sol de Acapulco” z miasteczka Coyuca de Benítez, oddalonego ok. 30 km od Acapulco. 28 czerwca 2010 roku do kafejki internetowej w Coyuca de Benítez wszedł zamaskowany uzbrojony mężczyzna. Zastrzelił pracujące tam małżeństwo. Po wszystkim oddalił się niezatrzymywany. Ofiary to Juan i jego żona, właściciele kafejki. Stamtąd dziennikarz najczęściej wysyłał teksty do redakcji w Acapulco. - Przyszedł do mnie brat i mówi, że Juan jest ranny. Pobiegliśmy od razu w tamtą stronę - Alberto Rodríguez Pisa, ojciec dziennikarza, zgadza się na rozmowę, mimo że wiadomość o wizycie obcego błyskawicznie rozejdzie się po wsi. Sędziwy mężczyzna z trudem schodzi z hamaka rozwieszonego w sieni domu. Zakłada białą koszulę. Ścisza telewizor, przed którym siedzi mały, wpatrzony w ekran chłopiec. - Najpierw zastrzelił moją synową, a potem syna - mówi cicho. Juan pracował w policji sądowej w Chilpancingo, gdy rozpoczął studia dziennikarskie. W tym czasie awansował nawet na komendanta policji w Coyuca de Benítez. Po studiach rzucił tę pracę, został reporterem. - Najstarszy syn Juana z pierwszego małżeństwa przestrzegał go, że bycie dziennikarzem jest bardziej niebezpieczne, niż praca policjanta. Wnuk pracuje w policji. Namawiał ojca, żeby przynajmniej nosił przy sobie broń - wspomina Alberto Rodríguez Pisa. - A on ciągle odpowiadał synowi, że wystarczy mu kamerka. I tak tragicznie skończył. Alberto tłumaczy mi, że celem zamachu była jego synowa, a syn zginął przez przypadek. - Robiła różne interesy w nieruchomościach, zapisała w papierach cudzą parcelę na siebie, to kazali ją zabić - wygląda na to, że ojciec Juana naprawdę wierzy w tę wersję.


Rozlali benzynę, potem otworzyli ogień

- Tu, żeby być dziennikarzem czy fotoreporterem, trzeba kochać tę robotę - stwierdza Magdalena Cisneros, koordynatorka informacji w lokalnym dzienniku „El Sur” w Acapulco. Niby oczywiste stwierdzenie, lecz żeby być dziennikarzem w Meksyku, przede wszystkim trzeba umieć przeżyć. 10 listopada 2010 roku pod redakcję „El Sur” podjechały dwie ciężarówki. Wyskoczyło z nich kilku uzbrojonych mężczyzn. Mieli długą i krótką broń. W budynku było ok. dziesięciu osób zajmujących się składem gazety i jeden fotoreporter. Ktoś usłyszał hałas przy drzwiach i zorientował się, że to napad. Ostrzegł innych. Ludzie się poukrywali. Bandyci po wejściu na piętro rozlali benzynę. Potem otworzyli ogień. Na szczęście nikt nie został ranny. Pozostały dziury w ścianach i oknach. Płonącą benzynę udało się ugasić. - Nie przestaliśmy pisać o przemocy, ale podjęliśmy środki ostrożności. Posłuchaliśmy kolegów z Articulo 19 i zmieniliśmy siedzibę gazety. Dostaliśmy ochronę policji. Korzystamy z kursów dla reporterów, działamy zgodnie z protokołem bezpieczeństwa. Bardzo uważamy - opowiada Magdalena Cisneros. Główne zasady: starać się nie jechać samemu w teren, reporter ma być w towarzystwie innego reportera albo fotografa. Zawsze zostawiać informację, dokąd się jedzie. Redakcja musi monitorować, gdzie reporter jest i co w danym momencie robi. Dziennikarz na wyjeździe powinien regularnie wysyłać SMS-y z informacją, czy już dojechał i jakie ma plany na najbliższe kwadranse. Konieczne jest stałe monitorowanie budynku redakcji. Strażnicy mają długą broń z ostrą amunicją. Nikt obcy nie ma prawa wejść do środka bez kontroli. Zwraca się też uwagę na samochody zaparkowane przy wejściu do budynku. Na wszelki wypadek ustawia się zapory wzdłuż budynku, żeby nikt nie zostawił auta. „El Sur” ukazuje się w nakładzie 15 tys. egz., zatrudnia 35 osób. To typowa lokalna gazeta. Odbiorcami są wszyscy mieszkańcy: od polityków począwszy, na rolnikach i nauczycielach skończywszy. Ale zabójstwa, porwania i wymuszenia sprawiają, że ludzie panicznie boją się rozmawiać z dziennikarzami. - Naprawdę musimy bardzo się starać, żeby zaskarbić sobie ich zaufanie - mówi Cisneros. - Zależy nam, żeby dać czytelnikom jak najwięcej informacji. Żeby mieli możliwość pełnej oceny sytuacji. „El Sur” nie boi się pisać zakazanych słów: „narco” i „narcotráfico”. Niektóre wiadomości podpisuje jednak „Redakcja”.


Pierwsze ostrzeżenie: porwanie żony

Jesienią 2010 roku „El Diario de Juárez”, lokalna gazeta ukazująca się nad rzeką Rio Grande w stanie Chihuahua, opublikowała na okładce dramatyczny apel do bossów karteli narkotykowych: „Co mamy pisać, żebyście nas nie zabijali?” Od kul zginęło bowiem jej dwóch reporterów: 13 listopada 2008 roku Armando Rodríguez, 16 września 2010 roku - fotoreporter Luis Carlos Santiago. Nie wiadomo, czy kartele odpowiedziały na prośbę redakcji; wiadomo, że od tego czasu nikt z tej gazety nie zginął. Rodolfo Montes z dziennika „Milenio” o swoich kolegach pracujących w takich miastach, jak Xalapa, Acapulco czy Veracruz, mówi: - Korespondent zagraniczny przyjeżdża, przygotowuje reportaż i wyjeżdża. Podobnie my ze stolicy: przyjeżdżamy tam, działamy w terenie kilka dni, tydzień, czasem miesiąc - i wyjeżdżamy. Lokalny dziennikarz nie ma dokąd stamtąd wyjechać. W stolicy kraju - Mexico City problemy dziennikarzy prześladowanych przez narkotykowe gangi nie są dla mediów problemem do rozwiązania. W stołecznych mediach niewiele miejsca poświęca się temu tematowi. Widać, że istnieją dwa światy: ten kończący się na granicach Mexico City, bezpieczny, najchętniej trzymający się z dala od problemów prowincji, i drugi, walczący o życie, wystraszony i bez nadziei na poprawę. Rodolfo Montes - wykładowca dziennikarstwa na Universidad Nacional Autónoma de México i doświadczony reporter „Milenio” - należy do wąskiej grupy stołecznych dziennikarzy, którzy doświadczyli przemocy. - Przygotowywałem reportaże na temat polityki i nagle się zorientowałem, że to już nie polityka, lecz przemyt narkotyków - opowiada. - Wtedy przyszło pierwsze ostrzeżenie: byłem w Veracruz, kiedy dotarła do mnie informacja o porwaniu żony. Kobieta została wrzucona do samochodu i przez cały dzień była przekazywana z samochodu do samochodu. Wieczorem ją uwolniono. „Powiedz temu skurwysynowi, żeby się uciszył” - usłyszała. Montes pamiętał potem te słowa każdego dnia, wychodząc z pracy. W 2007 roku reportaż o nowej trasie przemytu narkotykowego w stanie Michoacán przygotowywał z fałszywym dowodem osobistym i legitymacją nauczyciela filozofii. Nie pomogło. - Nie miałem z sobą niczego oprócz plecaka. Wiedziałem, jak niebezpieczna to okolica i jak działa kartel Chapo - opowiada. Już wracał, gdy zatrzymał się w małym sklepie. Tam dopadło go kilkunastu 16-17-letnich chłopaków. Skatowanego porzucili. Pozostały mu blizny i uszkodzony kręgosłup. Montes, mimo 14 lat pracy w gazecie, nie ma umowy o pracę. - Jestem freelancerem, nie mam posady, wolnych dni, trzynastki, wakacji, oszczędności ani liczonego stażu pracy. Właściciel gazety obawia się odszkodowań w razie najgorszego. Pewnie nawet na pogrzeb by nie przyszedł - śmieje się. Montes jest w średnim wieku. Wysportowany. Grał w reprezentacji waterpolo. Na uczelnię jeździ na wrotkach. - Wielu ludzi mi mówiło: „Jesteś nieodpowiedzialny, szalony. Jak możesz to robić rodzinie?”. Nigdy nie miałem wątpliwości, że chcę być dziennikarzem. Dla ojczyzny, mojego zawodu i samego siebie. I nie mam oporów przed kontynuowaniem publikacji o przestępczości zorganizowanej. Choć wiem, jakie mogą być tego konsekwencje - przyznaje. Od niedawna żyje sam, rozstał się z żoną. Przekonuje, że dla własnego i innych bezpieczeństwa pracuje w pojedynkę.


Sfotografował kogoś, kogo nie powinien

- Niestety, tu, z poziomu stolicy, nie wspieramy lokalnych dziennikarzy. Większość mediów pracuje zgodnie z logiką: „Dopóki mi się to nie przytrafi, nic się nie dzieje” - przyznaje Daniel Moreno, doświadczony dziennikarz z Mexico City. Trzy lata temu założył stronę internetową Animal Politico. Na organizowane w stolicy spotkania dziennikarskie, na których próbuje się mobilizować środowisko do wspólnego działania, nie przychodzi wiele ważnych mediów. - Problem w tym, że dziennikarstwo w Meksyku nie jest zjednoczone, nie ma solidarności - mówi Moreno. Uważa, że tylko wspólny silny nacisk na władze federalne doprowadził do tego, że jedna z najbardziej dotkniętych przemocą gazet w Meksyku - „Siglo de Torreon” jest pod stałą opieką wojska. - W Meksyku giną lokalni dziennikarze, którzy trafili na trop powiązań między przestępczością zorganizowaną a władzą. Kiedy mówię „władza”, mam na myśli funkcjonariuszy: od policjantów drogówki, aż po najwyższe szczeble - wyjaśnia Daniel Moreno. Nie ma wątpliwości, że ta władza robi potem wszystko, żeby nie ująć sprawców. - Przemytnicy narkotyków stali się częścią społeczeństwa i państwa. Nie wiemy, kto ani dlaczego zabił, bo bezkarność jest tu znakiem rozpoznawczym - stwierdza. Żadnego skutku nie odniosły też dziennikarskie akcje protestacyjne. Po kolejnych zabójstwach manifestacje maszerujących przez miasta dziennikarzy były tylko aktami rozpaczy. Nie udał się projekt „Phoenix”, wymyślony w 2006 roku w Nuevo Laredo podczas seminarium dla dziennikarzy i wydawców zorganizowanego przez Inter American Press Association. W ramach tego programu tylko raz opublikowano tekst śledczy dotyczący porwanego reportera „The Fair” Alfreda Jiméneza Moty równocześnie w 100 dziennikach. Nawet mimo wprowadzonej w wielu lokalnych redakcjach autocenzury dziennikarze wciąż pracują w stresie. Bo śmierć potrafi przyjść przez przypadek. Fotoreporter dziennika „Siglo de Torreon” został zaproszony na chrzest. Robił zdjęcia i przez przypadek sfotografował wśród gości kogoś, kogo nie powinien. Parę godzin później znaleziono go martwego. Niektóre gazety lokalne, których dziennikarzy zamordowano, nie czując żadnego wsparcia środowiska ani władz, wprowadziły autocenzurę. - Już nie zajmujemy się dziennikarstwem śledczym, jak kiedyś. Przestaliśmy pisać o trudnych tematach, musimy się chronić - przyznaje Miguel Salazar z „Diario de Xalapa”. Lecz sporo dziennikarzy wciąż robi swoje, ryzykując życie. Dlaczego? - Żyją nadzieją, że to ich nie dopadnie, że niebawem będzie lepiej, że ktoś przyjdzie i to naprawi, że będą mieli zawsze szczęście... No i jak przyznać się dzieciom, że uciekłem, bo tak bardzo się bałem? - odpowiada Jorge Carrasco z „Proceso”.

Tekst i zdjęcia: Jurek Jurecki

Tygodnik Podhalański 

Reportaż WIDEO  


[WIDEO]4853[/WIDEO]

(Jurek Jurecki)

Co sądzisz na ten temat?

podoba mi się 0
nie podoba mi się 0
śmieszne 0
szokujące 0
przykre 0
wkurzające 0
facebookFacebook
twitter
wykopWykop
komentarzeKomentarze

komentarze (0)

Brak komentarza, Twój może być pierwszy.

Dodaj komentarz


Dodaj komentarz

🙂🤣😐🙄😮🙁😥😭
😠😡🤠👍👎❤️🔥💩 Zamknij

Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz

OGŁOSZENIA PROMOWANE

  • budowlane

    22.12.2025

    OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

  • ogloszenie

    29.05.2026

    Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

  • budowy

    02.06.2026

    BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

  • praca

    02.06.2026

    Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

  • ogloszenie

    27.05.2026

    Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

  • ogloszenie

    19.05.2026

    KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

  • biznes

    02.06.2026

    Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

  • domy

    02.06.2026

    Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

  • 01.06.2026

    ZLECĘ WYKONANIE PRAC WYKOŃCZENIOWYCH: SUCHE TYNKI,...

  • 01.06.2026

    ZATRUDNIĘ DO KARCZMY i PENSJONATU W KOŚCIELISKU. 6...

  • 01.06.2026

    DO WYNAJĘCIA MIESZKANIE 38m2 i 55m2 w CENTRUM NOWE...

  • ...

    01.06.2026

    DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

  • SZCZ

    01.06.2026

    SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

  • ...

    29.05.2026

    RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

  • 26.05.2026

    RESTAURACJA W ZAKOPANEM ZATRUDNI KELNERA/-KĘ, POMO...

  • 26.05.2026

    PRACA W RESTAURACJI W ZAKOPANEM: KELNER/-KA - DLA ...

  • 26.05.2026

    PRACA W RESTAURACJI W ZAKOPANEM DLA UCZNIÓW, STUDE...

  • 25.05.2026

    URZĄD GMINY KOŚCIELISKO zatrudni INSPEKTORA ds. po...

  • ...

    25.05.2026

    ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

  • ...

    22.05.2026

    RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

  • budynek

    12.05.2026

    Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

  • ...

    28.04.2026

    WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

  • pożyczki

    23.04.2026

    PROVIDENT. 571 240 909.

  • usługi

    17.04.2026

    OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

  • ...

    07.04.2026

    Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

  • ...

    07.04.2026

    NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...


POLECAMY

0%