Urodził się w tym samym roku, co amerykański tenisista Andre Agassi, mistrz 8 turniejów wielkoszlemowych w grze pojedynczej, mistrz olimpijski z Atlanty. Ale nie tenis czy nawet bliższy mu boks wybrał za swoją drogę do sławy ten góral z Bańskiej Niżnej.
Franciszek Pawlak zaczynał od narciarstwa, choć w tamtych latach do sukcesów Stocha czy nawet Małysza było jeszcze daleko. Za to, gdy Franek miał zaledwie 2 lata, w dalekim od Bańskiej Sapporo inny góral, Wojtek Fortuna z Zakopanego, skoczył po olimpijskie złoto. No i trwała także legenda „Dziadka” Stanisława Marusarza, wybranego na rok przed urodzeniem Franka na narciarza pięćdziesięciolecia Polskiego Związku Narciarskiego. Więc Franek też zaczął od skakania.
Skoki i kombinacje
Jako ośmiolatek, wypatrzony w szkole, trafił do klubu TS Wisła Zakopane, pod rękę Stefana Ciapały, niegdyś bobsleisty, teraz trenera skoczków. Jako szesnastolatek wpadł z kolei w oko Franciszka Gąsienicy-Gronia, pierwszego polskiego medalisty zimowych igrzysk olimpijskich, zdobywcy brązowego medalu w kombinacji norweskiej. Obydwaj trenerzy, olimpijczycy z Cortina d`Ampezzo z 1956 roku dobrze ze sobą współpracowali. Toteż Franek po nauce skoków u Ciapały, gdzie trenował razem z Robertem Mateją, 5-krotnym mistrzem Polski, bezkonfliktowo dodał do skoków biegi i przerzucił się na trenowanie kombinacji u Gronia. Tu z kolei trenował razem z Józefem Jarząbkiem, który obecnie sam jest trenerem TS Wisła Zakopane. Namówiony przez obu trenerów do startu w zawodach, pojechał do Karpacza. Po skokach był 7., ale nadrobił w biegu i „pobiegł” na 2. miejsce. Trafił nawet do kadry młodzieżowej i dzięki startom, mimo młodego wieku, mógł się sam utrzymać. - Jeśli się miało klasę krajową - wspomina - to stypendium płacili. Z czegoś trzeba było żyć. Rodzice wyjechali w Bieszczady, a ja zostałem w Zakopanem, żeby trenować. Pewnie wyniki byłyby inne, ale miałem wtedy w głowie, bardziej niż narty, dyskoteki, zabawy i bijatyki. Na nartach skakał przez 12 lat i bardzo dobrze wspomina ten okres w swoim życiu. Kariery Małysza nie zrobił, ale zwiedził wiele pięknych miejsc na świecie, poznał dużo ciekawych ludzi.
Prawdziwy diabeł
Przeprowadzka rodziców w Bieszczady, ukończenie szkoły i związana z tym konieczność opuszczenia sportowego internatu, a potem służba wojskowa przekreśliły narciarskie ambicje Franka. Zakopiański klub walczył nawet o niego. Trener Karol Kołtaś, niegdyś reprezentant Polski, przyjechał na przysięgę. Chciał załatwić Frankowi przeniesienie do wojskowego klubu w Zakopanem, ale Franek się nie zgodził. - Dla mnie chłop bez wojska to nie chłop - oświadczył. Został więc i po jakimś czasie trafił do Orzysza, bo jego służba przebiegała, delikatnie mówiąc, z kłopotami. Samowolne oddalenia, „przedłużone” przepustki, symulacje w izbie chorych, w końcu areszt i ta właśnie jednostka karna. Ot, męska szkoła życia... W wojsku spędził półtora roku. Do cywila wyszedł po amnestii ogłoszonej przez Wałęsę. Wśród skoczków narciarskich i trenerów ma nadal wielu przyjaciół. Kibicowali mu - z prezesem Polskiego Związku Narciarskiego Apoloniuszem Tajnerem - w jego ubiegłorocznej walce pod Wielką Krokwią w Zakopanem. Pokonał wtedy swymi słynnymi lovkickami, czyli kopnięciami po udach, w ciągu zaledwie 2 minut Turka Sahina Haki „The Huragane” Jakuta. Droga do tej niepierwszej przecież zwycięskiej walki była jednak długa. Po wyjściu z wojska kilka miesięcy przepracował w Warszawie, ale akurat Austria zniosła wizy dla Polaków. W 1990 roku z kolegą zdecydowali się na wyjazd. Wtedy w Wiedniu było już paru chłopaków z zakopiańskiego klubu. Więc miały to być tylko „odwiedziny”. Trwają do dziś, już ponad 20 lat! Najpierw trzeba było się zabawić. Szaleli ponad tydzień. Potem zaczęła się praca na budowie i pierwsze „prawdziwe” pieniądze, o których w Polsce można było tylko pomarzyć. Ale i nad Dunajem z Franka wkrótce wyszedł tatrzański diabeł. Sam przyznaje, że walkę ma we krwi i bić się lubił „od zawsze”. Jak zresztą każdy prawdziwy góral. Więc często pakował się w kłopoty, bo bójek po dyskotekach nie brakowało. - Straszny był ze mnie rozbójnik, szczególnie w weekendy - śmieje się dzisiaj. - Taki „niedobry Franek”... Jeszcze teraz, gdy na ringu przed walką usłyszy góralską muzykę, wchodzi w niego prawdziwy diabeł. Albo może... Janosik? I trzeba współczuć przeciwnikowi. W końcu pomyślał, że tak dalej żyć nie można - wspomina po latach tamto „otrzeźwienie”. Któregoś dnia, trochę z nudów, a trochę z ciekawości poszedł z kolegą na siłownię. Tam po raz pierwszy zobaczył trening, który go zafascynował. Już wiedział. To było to! To, czyli kick-thai boxing.
Walka do końca
Boks tajski to walka rozgrywająca się głównie w zwarciu, z wykorzystaniem uderzeń łokciami i kolanami. Ma długą historię, bo jej początki sięgają XIII wieku. Pod koniec XIX wieku w Tajlandii trafia nawet do akademii wojskowych i kolegiów nauczycielskich. Przechodzi oczywiście do dzisiaj wiele zmian, mających m.in. na celu zwiększenie bezpieczeństwa zawodników, bo ciosy tu zadaje się z pełną siłą. W Polsce o uprawianiu boksu tajskiego można mówić od początku lat 90. XX wieku. Tak więc jakby rozminął się on wcześniej z Frankiem-emigrantem i do ich spotkania doszło dopiero w Wiedniu. Trening szybko przynosił efekty i wkrótce wyrobił sobie w klubie dobrą markę. Zmiana dyscypliny sportu okazała się prawdziwym... kopnięciem w dziesiątkę. Już po 3 tygodniach wziął udział w amatorskich mistrzostwach Austrii w formule light contact. Skończyło się to niemal skandalem. Gdy pierwszy przeciwnik znalazł się na macie, Franek został po prostu... zdyskwalifikowany. - Skąd miałem wiedzieć, co to jest light contact? Dopiero wtedy dowiedziałem się, że w tej formule nie wolno nokautować. Nie wolno? W takim razie to nie było dla niego. On chciał prawdziwej walki. Takiej - do końca.Pierwszą walkę zawodową stoczył w 1992 roku. Potem było różnie: raz zwycięstwo, raz porażka. Ale już w 1995 roku, po zaledwie 2 latach systematycznego treningu miał na swym koncie pierwsze mistrzostwo świata. W tym samym roku walczył w Wiedniu z reprezentacją Polski w zespole złożonym z najlepszych kickbokserów Austrii. Na ten mecz długo szukano wśród polskich zawodników przeciwnika dla Franka. Śmiałków brakowało. W końcu walczył z Markiem Dołęgą. - Pamiętam, że wygrałem przez ciężki nokaut, a mój przeciwnik chyba skończył karierę po tamtej walce - wspomina. I rzeczywiście, ślad po nim zaginął. A Frenky dalej wygrywał i piął się w światowych rankingach. Zdobył zawodowe mistrzostwo Włoch, Austrii, Niemiec i Czech.
Jak błyskawica
Od tamtego pierwszego mistrzostwa stoczył blisko 100 walk, połowę z nich wygrywając przez nokaut. Tylko 7 przegrał na punkty. Jest 11-krotnym mistrzem świata World Full Contact Association w wersji World Professional Kickboxing Council (waga 83 kg), 3-krotnym mistrzem Europy i 2-krotnym mistrzem Austrii. Jego najkrótsza zwycięska walka trwała zaledwie 12 sekund. To po niej zyskał przydomek „The Flash” - „Błyskawica”. Do każdej walki przygotowuje się solidnie. To 10 tygodni ostrego treningu i ścisłej diety. Zero cukru i tłuszczu, białe mięso, warzywa i owoce, suplementy. Tajemnic treningu nie chce zdradzić, ale tym, którzy chcieliby go naśladować, radzi: po pierwsze jeśli chcecie zacząć trenować, to papierosy, alkohol, nie mówiąc już o narkotykach, na bok. Bez tego nie ma nawet co myśleć serio o thai boxingu. No i trzeba mieć do tego serce. Każda walka jest ciężka, w każdej można być kontuzjowanym. Pęknięte łuki brwiowe, połamany nos... Najpoważniejszą kontuzję odniósł w 1995 roku, podczas walki o zawodowe mistrzostwo świata. Zdobył je wtedy po raz pierwszy - wygrał na punkty po pełnych 12 rundach, ale trafił do szpitala. Miał złamane dwa żebra, groziła mu nawet amputacja nogi. Mało kto wierzył, że powróci na ring. A on cedził przez zaciśnięte z bólu zęby: ja wam jeszcze wszystkim pokażę... I pokazał! W 4. rundzie znokautował w Wiener Neustadt niepokonanego w blisko 50 walkach mistrza Holandii.
Góralski wojownik
Ubiegłoroczny zwycięski pojedynek w formule K1 (według zmodyfikowanych zasad japońskiego kick-boxingu) o mistrzostwo świata federacji „King of the Ring”, rozegrany w maju pod Wielką Krokwią w Zakopanem, miał być ostatnim w karierze Frenky Pawlaka. Marzył, by zawalczyć właśnie tu, wśród swoich. No i zaprosili go koledzy, założyciele klubu Spartakus Zakopane. Gdy zaczynali w 2012 roku, było ich 10. Każdy z nich trenował jakąś sztukę walki, więc postanowili połączyć wysiłki. Już wtedy i im marzyła się taka gala pod Giewontem. Wkrótce trenowała ich już prawie osiemdziesiątka. Chłopaki bardzo charakterni, silni i góralscy - skwitowała ich wtedy jedna z fanek, kelnerka z Bachledówki. - Nasza sekcja pozwala rozładować energię na treningu, a nie na ulicy - podkreślał ówczesny trener Wojciech Sobiech. Dziś na koncie mają kilkanaście medali (w tym 5 złotych) i blisko 30 wygranych walk. Niedawno reprezentant Spartakusa Marcin „Arab” Kalata w turnieju w Las Vegas zdobył tytuł wicemistrza świata. Trenerem jest Mariusz Kruczek, współzałożyciel klubu i sam jeszcze czynny zawodnik. Tę walkę pod Tatrami Frenky stoczył nie dla pieniędzy. Przekazał je Wiktorii i Szymonowi, rodzeństwu z porażeniem mózgowym, wychowywanym przez samotną matkę. Cel charytatywny miała także tegoroczna gala, zorganizowana w maju w Bańskiej Niżnej. Tamta zakopiańska walka nie była ostatnia. - Dopóki jestem zdrowy i ciągnie mnie na ring, to jeszcze będę walczył, może rok, może 5 lat, trudno powiedzieć - zapowiada. W najbliższą sobotę znowu stanie na ringu. Tym razem w Poroninie. A ta Noc Góralskich Wojowników zapowiada się jeszcze okazalej. Przewidziane są 2 walki o zawodowe mistrzostwo świata i aż 14 pojedynków w międzynarodowej obsadzie. Zaśpiewać ma m.in. Michał Wiśniewski. Cel - jak poprzednio - pomoc ciężko chorym dzieciom z Podhala. Frenky zajmuje się także trenerką i szkoli innych zawodników. Jego podopiecznym jest Atilla Ucar, specjalizujący się w stylu MMA, mieszanym. To bardzo zdolny i silny zawodnik i Frenky uważa, że zajdzie w karierze sportowca bardzo wysoko. Gdy tylko ma czas, Franek Pawlak zjeżdża pod Tatry. Ciągnie go do Bańskiej. Często przyjeżdża z żoną. To Bułgarka, ale świetnie mówi po polsku. Ma czworo dzieci. Dwudziestojednoletni Sebastian jest bardzo zdolnym piłkarzem. Upór, chęć walki odziedziczył na pewno po ojcu, którego dodatkowym hobby są... zwierzęta. Śmieje się, że w swoim wiedeńskim mieszkaniu robi konkurencję zoo w Schönbrunnie: ma 3 pytony, 2 węże, pieska Sarę i 2 skorpiony. Uważa się za człowieka spełnionego. Jego największe marzenia stały się rzeczywistością. - W sporcie zdobyłem wszystko, co chciałem zdobyć. Mam szczęśliwą rodzinę. Czego mi więcej potrzeba? Może zdrowia na dalsze lata - mówi.
Zbigniew Wołynka
Tygodnik Podhalński 34/2014

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

29.05.2026
Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

01.06.2026
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

01.06.2026
SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

29.05.2026
RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

22.05.2026
RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

12.05.2026
Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz