Opiekowała się noworodkami i skazanymi za zabójstwa. Piekła chleb, była budowniczym i pielęgniarką. Matki uczyła miłości. Magda Kocańda z Nowego Targu przeszła prawdziwą szkołę życia podczas rocznego wolontariatu w Boliwii.
Wolontariatem zainteresowała się jeszcze w liceum. Jeździła do Krakowa na comiesięczne spotkania w Salezjańskim Wolontariacie Misyjnym Młodzi Światu. Wcześniej działała w harcerstwie i w Maltańskiej Służbie Medycznej. Zaraz po maturze złożyła podanie, w którym prosiła o wysłanie jej na misję. Napisała o swoim dotychczasowym doświadczeniu, oczekiwaniach. - Wolontariat Młodzi Światu to nie jest biuro podróży. Nie jedzie się po to, żeby zobaczyć świat, ale żeby pomagać innym. Na miejscu czeka ciężka praca - tłumaczy. Nie każda osoba, która składa taki wniosek, nadaje się. Wolontariat Misyjny Młodzi Światu w Krakowie działa w kilkudziesięciu krajach Afryki, Ameryki Południowej, Azji. Docierają do miejsc, o których świat zapomniał. Do Krakowa spływają wnioski z różnych stron świata - ktoś potrzebuje dziewczyny do pracy w domu dziecka w Peru, ktoś inny pielęgniarki w szpitalu czy kogoś do budowy studni.
Kiedy do krakowskiego oddziału dotarła informacja o planach sióstr misjonarek służebniczek Ducha Świętego z Boliwii, które chciały w Santa Cruz stworzyć dom - piekarnię dla samotnych kobiet z dziećmi, ktoś pomyślał o Magdzie. I tak zamiast rozpocząć studia, razem z Kasią Korczyk poleciała na rok do egzotycznego kraju w Ameryce Południowej. Wcześniej razem napisały projekt do Ministerstwa Spraw Zagranicznych w RP, zyskując w ten sposób na przyszły dom - piekarnię niebagatelną sumę 75 tys. zł. I tak w lipcu 2012 r. trafiły do najniebezpieczniejszej dzielnicy na obrzeżach Santa Cruz. - Kiedy wsiadłam do taksówki i powiedziałam kierowcy, gdzie ma nas zawieźć, usłyszałam, że jestem „loca”, czyli szalona. Dopiero później dowiedziałam się, że jest to „zona roja”, czyli „strefa czerwona”, gdzie taksówkarze jeżdżą niechętnie i nigdy po zmroku - opowiada. Na miejscu na dziewczyny czekała przełożona - s. Maksymiliana zwana tu „Maxi”, która także była Polką.
Ouien quiere pan?
Wspólnie miały zorganizować dom - piekarnię, w którym samotne kobiety zamieszkają z dziećmi i znajdą zatrudnienie. Wcześniej jednak pojechały na kilka dni do małej górskiej wioski, gdzie miały się zaaklimatyzować i poznać bliżej kulturę i obyczaje Boliwijczyków. Po powrocie prace ostro ruszyły. Same znalazły i wydzierżawiły odpowiedni budynek w pobliżu klasztoru. Kupiły piec, który pozostał na zewnątrz, olbrzymi stół, na którym miało być wyrabiane ciasto, meble i wszystkie niezbędne sprzęty. Magda z Kasią jako pierwsze przeszły szybki kurs pieczenia chleba. - Zanim jeszcze w naszym domu się zaludniło, piekłyśmy małe chlebki, kładłyśmy na taczki i sprzedawałyśmy na osiedlu. „Ouien quiere pan?” - krzyczałam. Zlatywali się ludzie i kupowali. Jak przekonali się, że pieczywo jest świeże, domowej roboty, chętnych nam nie brakowało - opowiada.
W więzieniu Palmosala
To nie było jedyne zajęcie Magdy. Siostra Maxi trzy razy w tygodniu odwiedzała największe w Boliwii więzienie - Palmosala, w którym było 5 tys. osób. - To było takie państwo w państwie, rządzące się swoimi prawami. Więźniarki mogły tam być ze swoimi dziećmi, było przedszkole. Więźniowie mieli telefony, narkotyki, można było mieć nawet dostęp do Facebooka, choć oficjalnie wszystko było zakazane. Policjanci tam nie wchodzili, bo się bali, ale s. Maxi tak - opowiada Magda, która zaczęła także chodzić tam systematycznie. Przełożona organizowała spotkania z kobietami w kaplicy, czytane fragmenty z Biblii były pretekstem do rozważań, rozmów o własnych problemach. Magda uczestniczyła w tych spotkaniach. Pomagała też w opiece nad dziećmi w więziennym przedszkolu. - Te spotkania dla więźniarek były bardzo ważne, potrzebowały, żeby ktoś ich wysłuchał i dał nadzieje, że ich życie się zmieni. To było niesamowite, bo widziałam efekty bycia z nimi, to, jak się zmieniają - wspomina. W więzieniu Magda spotkała młodą Polkę - 25-letnią Agatę, która trafiła tu 2 lata wcześniej za przemyt narkotyków. W Warszawie zakochała się w Afrykańczyku, wyszła za niego. On namówił ją na przemyt kokainy. Przyłapana, trafiła do więzienia, mąż zniknął, a jej rodzice w Polsce wychowują dziecko. - Agata na początku była zbuntowana, wulgarna, zmieniła się jednak, zaczęła chodzić na nasze spotkania, pracować i sprzedawać swoje robótki - opowiada Magda. W tym samym czasie w więzieniu przebywał także inny Polak, którego nie zdążyła poznać, bo został otruty przez jakiś gang narkotykowy. Ze wzruszeniem opowiada, jak w ostatniej chwili udało im się z więzienia wyciągnąć 5-miesięczną dziewczynkę, ciężko chorą na zapalenie płuc, i uratować jej życie. Kolejnym zadaniem Magdy była praca w parafii, gdzie pomagała przy Mszy św. i organizowała zabawy dzieciom.
Dom chleba i miłości
Jednocześnie powstawał dom, który był głównym celem wyjazdu Magdy i Kasi. Jego pierwszą lokatorką była poznana na plebanii Eli. Z dwójką dzieci uciekła od męża, który znęcał się nad rodziną. Potem do domu trafiły 2 dziewczynki - 3- i 8-letnia, których rodzice byli w więzieniu. - Mieszkały u ciotki, która bardzo źle je traktowała, biła. Odebrałyśmy je tej kobiecie i stałyśmy się dla nich z Kasią rodzicami - opowiada. Starsza z dziewczynek była bardzo samodzielna. Opiekowała się młodszą siostrą, sama robiła pranie, martwiła się o matkę, dla której gromadziła jedzenie. Zanim 8-latka nabrała zaufania do nowych opiekunek, minęło trochę czasu. Kolejną ich podopieczną była Liliana, 25-latka, która miała już 7 dzieci. Mieszkała na osiedlu, ale w domu pomagała piec chleb, zarabiając w ten sposób na życie, a Magda i Kasia pomagały w opiece nad jej dziećmi. 26-letnia Jimena, która trafiła tu w zaawansowanej ciąży, w dodatku zagrożonej, i z trójką małych dzieci, była prostytutką. Najmłodsze z jej dzieci miało roczek. Matka nie była nimi zbyt zainteresowana, opieka spadła więc znowu na dziewczyny z Polski. - Niewiele brakowało, a odebrałybyśmy z Kasią poród, byłyśmy już do tego przygotowane, szukałyśmy informacji w internecie, na szczęście w końcu udało się zorganizować transport i Jimena urodziła w szpitalu - wspomina Magda. Po 2 dniach dziewczyny miały dodatkowo pod opieką noworodka, więc musiały błyskawicznie nauczyć się pielęgnować go. Nie było to łatwe, nie ułatwiał życia fakt, że w domu nie było wody, a na zewnątrz była tylko zimna. Kasia i Magda spały na zmianę - jedna z noworodkiem, druga z roczną Marią. - Chodziłam niewyspana, a w dzień były obowiązki jak dawniej, opieka nad pozostałymi dziećmi, nadzór nad piekarnią, wizyty w więzieniu, do tego bieganie po adwokatach, żeby wyciągnąć z więzienia matkę dwóch dziewczynek, które trafiły do nas pierwsze - opowiada. Dzieci nazywały je „mamami”, także te Jimeny, chociaż prawdziwa matka mieszkała z nimi. To od Jimeny Magda przed wyjazdem usłyszała najpiękniejsze słowa: „Dziękuję, że nauczyłyście mnie kochać”.
Pomoc z Nowego Targu
W utrzymaniu domu w Santa Cruz swój udział mieli także nowotarżanie. Kiedy zaczynało brakować pieniędzy, z nowotarskiej Szkoły Podstawowe nr 5, po akcji zorganizowanej w walentynki przez jedną z nauczycielek - Dorotę Fryźlewicz, przyszedł przelew na 600 dolarów, kolejne 500 dolarów uzbierała nowotarska parafia św. Katarzyny. Pieniądze z Podhala przydały się bardzo na zakup łóżek, biurek, przyborów szkolnych i książek dla dzieci a także na lekarstwa dla jednej z dziewczynek, którymi Magda z Kasią się opiekowały.
Ochrona mafii
Wolontariat w Boliwii to nie tylko bardzo ciężka praca, 24 godziny na dobę, ale także bardzo niebezpieczna. Magda mówi o tym niechętnie, twierdzi, że nie było wiele groźnych sytuacji. - Raz tylko, na początku, chcieli mnie porwać - mówi jakby od niechcenia. - Słabo jeszcze znałam język. W wąskiej uliczce zatrzymał się samochód, mężczyzna zawołał mnie, pokazał jakąś legitymację. Myślałam, że to policjant. A to byli Kolumbijczycy, którzy porywali kobiety, handlowali nimi. W ostatnim momencie, kiedy już mnie chciał wciągnąć do samochodu, Liliana ostrzegła mnie krzykiem i uciekłam. Opowiada też o młodej zakonnicy, podopiecznej s. Maxi, która została porwana, kiedy wsiadła do taksówki. Cudem uszła życiu. - Od tego czasu starałam się jeździć minibusami, a jak już musiałam wsiąść do taksówki, wybierałam takie bez drzwi, szyb, żeby łatwo było z nich uciec. I patrzyłam, jak wygląda kierowca. Jak był stary, chuderlawy, wsiadałam bez obaw. Omijałam dobre samochody z młodymi, rosłymi kierowcami - opowiada. Twierdzi, że nie bała się mieszkać w osiedlu cieszącym się tak złą sławą. Mówi, że ubierała się jak miejscowi, mówiła jak oni, stała się prawie jedną z nich, nie czuła wśród tych ludzi zagrożenia. W więzieniu, kiedy chodziła do przedszkola, przechodziła koło izolatek. Kiedyś usłyszała głos mężczyzny. Gdy podeszła, powiedział, że ją zna i ze szczegółami opisał jej rozkład dnia. Powiedział, że jeśli będzie miała jakiś problem, ma się zgłosić do niego, że ma jego ochronę. Później dowiedziała się, że rozmawiała z szefem mafii, który w więzieniu jest 16 lat, zarabia tu duże pieniądze, zleca zabójstwa na zewnątrz. - Tacy ludzie też nas chronili, doceniali za to, co robimy - dodaje.
Dobro powraca
- Przed wyjazdem ja byłam dzieckiem, mną się ktoś opiekował. Tam role się odwróciły - ja byłam odpowiedzialna za dzieci i za dorosłe osoby. Dorosłym mówiłam, jak mają żyć - podkreśla. Dziś Magda jest studentką I roku filologii portugalskiej. Twierdzi, że po roku na misjach jest inną osobą. Że każdy, kto był na misji, po powrocie ma przekonanie, że więcej dostał, niż dał. Ona także. - Nauczyłam się pokory. I tego, żeby nie oceniać innych od razu. Nabrałam też pewności siebie, wiary, że jeśli się chce, można wiele. Za „swoimi dziećmi” (bo tak ciągle o nich mówi) tęskni, martwi się, czy dziewczyny, które ją zastąpiły, należycie się nimi zajmują. Na razie nie wybiera się na kolejną misję, twierdzi, że w Polsce w wolontariacie jest także wiele do zrobienia. Ale jeśli byłaby gdzieś potrzebna, jest gotowa. Magda nie jest jedyną osobą z naszego regionu działającą w salezjańskim wolontariacie. Karolina Kufer z Zubrzycy Górnej pracuje obecnie w Boliwii w domu dziecka, Ania Kowalczyk, także z Orawy, organizuje obóz dla dzieci w Nigerii. Marysia Pawłowska z Krościenka pracuje w Santa Cruz
Beata Zalot
Tygodnik Podhalański 51/2013

22.12.2025
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.

29.05.2026
Austria! Praca dla MURARZY, CIEŚLI, STOLARZY, SPAW...

02.06.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

02.06.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

27.05.2026
Poszukujemy osoby na stanowisko SPRZEDAWCA / DORAD...

19.05.2026
KANTOR ZATRUDNI KASJERA WALUTOWEGO. CV proszę prze...

02.06.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

02.06.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

01.06.2026
DO WYNAJĘCIA LOKAL HANDLOWO - USŁUGOWO - BIUROWY o...

01.06.2026
SZCZENIAKI BORDER COLLIE RASOWE. 791 669 932.

29.05.2026
RESTAURACJA CZERWONE KORALE Zakopane, ul. Zamoyski...

25.05.2026
ZATRUDNIMY W KARCZMIE oraz W BARZE MLECZNYM: KUCHA...

22.05.2026
RESTAURACJA REGIONALNA w Zakopanem zatrudni KUCHAR...

14.05.2026
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum...

21.05.2026
Sprzedam DOM i LAS - Spytkowice. 732 810 638.

14.05.2026
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122....

14.05.2026
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DAC...

14.05.2026
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy...

12.05.2026
Sprzedam lub wynajmę BUDYNEK HANDLOWO-USŁUGOWY 500...

28.04.2026
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 69...

23.04.2026
PROVIDENT. 571 240 909.

17.04.2026
OCIEPLANIE DOMÓW na materiałach wysokiej jakości. ...

07.04.2026
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY...

07.04.2026
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: ...
Brak komentarza, Twój może być pierwszy.
Dodaj komentarz
Użytkowniku, pamiętaj, że w Internecie nie jesteś anonimowy. Ponosisz odpowiedzialność za treści zamieszczane na portalu 24tp.pl. Dodanie opinii jest równoznaczne z akceptacją Regulaminu portalu. Jeśli zauważyłeś, że któraś opinia łamie prawo lub dobry obyczaj - powiadom nas [email protected] lub użyj przycisku Zgłoś komentarz