Do Australii przeprowadziłam się w 2017 roku – z całkiem pokaźnym bagażem górskich doświadczeń. Urodzona w Zakopanem, należę do tych szczęściarzy, dla których Tatry były właściwie naturalnym placem zabaw. Od najmłodszych lat „chodziłam po górach” – najpierw z rodziną, później z przyjaciółmi, aż w końcu zupełnie samodzielnie.
Jeszcze podczas studiów włóczyłam znajomych po Beskidach i Sudetach, przemierzając je od wschodu do zachodu – zarówno według mapy, jak i słońca. Z czasem z tej wędrówki wyłonił się konkretny cel: skompletowanie Korony Gór Polski. Był to projekt ambitny, choć wymagający przede wszystkim determinacji, dobrych kanapek na drogę i niezachwianej wiary w rozkłady jazdy lokalnych autobusów.
Potem przyszedł czas na kolejne wyzwania. Zaczęłam zdobywać najwyższe szczyty poszczególnych krajów Europy – trochę jak kolekcjonowanie magnesów na lodówkę, tylko z zadyszką, ciężkim plecakiem i zdecydowanie mniej eleganckimi zdjęciami.
Gdy więc kilka lat później wylądowałam na stałe na antypodach – na najniższym i najbardziej płaskim kontynencie naszej planety – wydawało się, że trudno będzie tu znaleźć podobny górski projekt. Australia kojarzy się przecież raczej z pustyniami, buszem i bezkresnymi równinami niż z ambitną turystyką wysokogórską.
Mimo to szybko zaczęłam przeglądać mapy. Lista najwyższych punktów poszczególnych stanów i terytoriów powstała właściwie sama. Dopiero później dowiedziałam się, że funkcjonuje ona pod nazwą State8.
Na pierwszy rzut oka wyglądała dość niepozornie. Najwyższy z tych szczytów – Mount Kosciuszko – wznosi się zaledwie nieco ponad dwa tysiące metrów. Co więcej, miałam go już na koncie. Weszłam tam kilka lat wcześniej podczas urlopu w Australii.
Pamiętam, że wtedy pomyślałam: „Góry? Raczej pagórki, na które wchodzi się w klapkach”. I rzeczywiście – na popularnym szlaku można spotkać turystów w japonkach, zwanych tutaj, ku konsternacji innych anglojęzycznych nacji, thongs. Jak bardzo się myliłam, zrozumiałam dopiero później.
Od tropikalnych dżungli Queensland, przez bezdroża Outbacku nieoznaczone na mapach, aż po dziką Tasmanię, gdzie w ciągu jednego dnia można doświadczyć czterech pór roku – Australia potrafi wystawić turystę na próbę.
Szybko okazało się, że wyzwanie State8 wcale nie polega na wysokości szczytów. Prawdziwym przeciwnikiem są ogromne odległości, trudna logistyka, brak szlaków, nieprzewidywalna pogoda i przyroda, która nie zawsze jest przyjaźnie nastawiona do człowieka. Każdy wierzchołek oznacza nowy region, nową przygodę i zupełnie inne warunki. Czasem piękne. Czasem absurdalne.
Mount Bogong – najwyższy w Wiktorii
Na pierwszy ogień wybrałam Mount Bogong (1986 m) – najwyższy szczyt stanu Wiktoria i drugi co do wysokości punkt na całej liście State8. Naiwnie założyłam, że skoro zaczynam od jednego z wyższych, później będzie już tylko łatwiej.
Bazą wypadową zostało niewielkie miasteczko Tawonga South, położone u podnóża Australijskich Alp. Stamtąd do początku szlaku przy Mountain Creek Campground jest zaledwie kilkanaście kilometrów.
Sam kemping znajduje się na wysokości około 600 metrów i jest utrzymywany przez Alpejski Park Narodowy. To jedno z tych miejsc, które w Australii potrafią zaskoczyć europejskiego turystę – darmowe pole namiotowe w środku dzikiej przyrody, z minimalną infrastrukturą i ogromną przestrzenią wokół. Na Bogong prowadzą dwa główne szlaki: Staircase Spur i Eskdale Spur.
Początkowo biegną wspólnie wzdłuż drogi Mountain Creek Track, pozwalając nogom powoli wejść na obroty. Teoretycznie ten fragment można pokonać samochodem terenowym, ale – jak to w Australii – wszystko zależy od pogody i pory roku. Gdy Staircase Spur odbija w prawo, żarty się kończą. Zaczynają się „schody” – strome podejście przez las eukaliptusowy, który w wyższych partiach przechodzi w powykręcany, niemal baśniowy las eukaliptusa śnieżnego.
W połowie drogi stoi niewielka chata Bivouac Hut. Znajduje się tam zbiornik na deszczówkę i charakterystyczna australijska toaleta typu drop toilet. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że takie przybytki można znaleźć w miejscach naprawdę bardzo odległych od cywilizacji. Wyżej krajobraz zaczyna przypominać łagodniejsze partie Alp lub nasze Tatry Zachodnie. Otwierają się widoki, las rzednie, a zbocza stają się bardziej trawiaste.
Sam wierzchołek okazał się jednak zaskakujący. Jest rozległy i raczej płaski – bardziej przypominający wyżynę niż klasyczny szczyt. Dominuje na nim kamienny kopiec – cairn. Oraz muchy. I to w liczbie, którą można by uznać za biblijną plagę.
Podejście na szczyt zajęło nam prawie cztery godziny. Zejście przez Eskdale Spur jest łagodniejsze, a po drodze znajduje się kolejna chata – Mitchell Hut – z miejscem do biwakowania i zbiornikiem na wodę. Całość zamknęła się w około ośmiu godzinach marszu.
Mount Bimberi – tam, gdzie kończy się asfalt
Kolejnym celem był Mount Bimberi (1913 m) – najwyższy punkt Australijskiego Terytorium Stołecznego. Wiele osób kojarzy historię Canberry – stolicy Australii wybudowanej jako kompromis między Sydney a Melbourne. Mniej znany jest fakt, że Canberra wraz z okolicą tworzy osobną jednostkę administracyjną – ACT. Mount Bimberi leży właśnie na granicy ACT i Nowej Południowej Walii. Cywilizacja kończy się tu szybciej niż asfalt. Do początku szlaku prowadzi około 35 kilometrów drogi gruntowej. Najpierw Tantangara Road, potem Pocket Saddle Road, aż do niewielkiego parkingu przy zamkniętej bramie.
Gdy dotarliśmy tam wczesnym rankiem pod koniec marca, przywitały nas dziesiątki kangurów uprawiających poranną gimnastykę oraz… gruba warstwa szronu na trawie. Trasa początkowo prowadzi drogą przeciwpożarową, a potem coraz bardziej zarośniętym traktem. Po drodze mija się historyczną chatę Oldfields Hut, gdzie część turystów decyduje się na nocleg.
Ostatnie kilometry to już klasyczny australijski bushbashing – przedzieranie się przez krzaki, wysoką trawę i niemal niewidoczną ścieżkę. Jedyną wskazówką są kopczyki kamieni. Na szczycie znajduje się punkt triangulacyjny i rozległa panorama dzikich gór. Stojąc tam, naprawdę czuć, że jest się daleko od świata.
Bartle Frere – jadowity strażnik tropików
Zimą tego samego roku namówiłam moją niczego niepodejrzewającą przyjaciółkę E. na wyprawę na Bartle Frere (1622 m) – najwyższy szczyt stanu Queensland.
Nazwa tej góry brzmi dla polskiego ucha dość egzotycznie i rzeczywiście pochodzi z czasów kolonialnych. Podczas wyprawy eksploracyjnej w 1873 roku nadano ją na cześć ówczesnego prezesa Królewskiego Towarzystwa Geograficznego.
Choć wysokość 1622 metrów nie robi szczególnego wrażenia – to zaledwie nieco więcej niż nasza Śnieżka – Bartle Frere ma jedną cechę, która szybko studzi optymizm: ogromne przewyższenie. Szlak zaczyna się bowiem bardzo nisko, w wilgotnym tropikalnym lesie, a różnica wysokości wynosi prawie 1500 metrów.
To także góra o dość odstraszającej reputacji. Wierzchołek niemal zawsze spowity jest mgłą, a opady należą tu do codzienności. Ścieżka często zamienia się w błotnistą zjeżdżalnię, a Bartle Frere regularnie pojawia się w statystykach górskich wypadków. Szczyt słynie jednak jeszcze z jednego powodu: pijawek. Podczas zupełnie innej wyprawy jedna ze zdobywczyń State8 opowiadała mi historię, która na długo zapadła w pamięć. Według niej pijawka na tym szlaku wpełzła jej… na gałkę oczną. Nawet jeśli była to tylko lekko podkoloryzowana opowieść, skutecznie działała na wyobraźnię.
Wieczorem przed wyprawą siedziałyśmy w niewielkiej pizzerii w Innisfail, dopracowując plan na następny dzień. Ściany lokalu zdobiły pokaźnych rozmiarów czaszki krokodyli. Jednak to nie krokodyle – nazywane przez Australijczyków pieszczotliwie salties – miały okazać się najbardziej pamiętnym elementem tej wyprawy.
Wiedząc, że czeka nas długi dzień, wyruszyłyśmy przed świtem z parkingu przy Josephine Falls. Początek trasy był przyjemny: szeroka ścieżka prowadząca przez tropikalny las i łagodnie wznoszący się teren. Dopiero za potokiem Majuba Creek zaczęło się właściwe podejście. Szlak piął się stromo przez gęsty las deszczowy, splątany korzeniami i lianami. Momentami było tak stromo, że korzenie drzew służyły nam jako naturalne poręcze.
Każdy kilometr oznaczony jest markerem. Podobno trasę odmierzano kiedyś sznurkiem – musiała to być jednak gumka, i to solidnie rozciągliwa, bo im wyżej byliśmy, tym kolejne markery wydawały się coraz bardziej odległe. Obie byłyśmy w dobrej formie i szybko zdobywałyśmy wysokość. Aż nagle – może dwa metry przed nami – na środku ścieżki coś się poruszyło.
Przy naszej, przyznaję, raczej ograniczonej wiedzy z zakresu „serpentologii”, wyglądało to dokładnie jak eastern brown snake – jeden z najbardziej jadowitych węży świata. Co gorsza, wąż ani myślał się usuwać. Uniósł głowę i przyjął postawę, która jednoznacznie sugerowała gotowość do ataku. Cofnęłyśmy się kilka kroków i zaczęłyśmy robić jak najwięcej hałasu, licząc na to, że uda się go przepłoszyć. Efekt był dokładnie odwrotny. Jadowity strażnik zaparł się na ścieżce jakby miał za zadanie kontrolować bilety na wejściu. Obejście bokiem nie wchodziło w grę – gęsta roślinność skutecznie uniemożliwiała jakiekolwiek manewry. Wycofałyśmy się więc kawałek niżej, usiadłyśmy na drugie śniadanie i… czekałyśmy.
Po dłuższym czasie – wystarczająco długim, by poważnie nadwyrężyć nasze zapasy jedzenia – wąż w końcu uspokoił się i odpełzł w krzaki. Dopiero wtedy ruszyłyśmy dalej. Ostatni fragment trasy prowadził przez skalne rumowisko z łańcuchami i drabinkami. Na wierzchołku znalazłam się po około sześciu godzinach marszu. Widoki były raczej skromne – szczyt jest prawie całkowicie zarośnięty – ale sama droga na górę pozostaje jedną z najbardziej pamiętnych w całej Australii.
Mount Ossa – dach Tasmanii
Wielu Australijczyków jest przekonanych, że najwyższym szczytem Tasmanii jest Cradle Mountain. W rzeczywistości królową tej wyspy jest Mount Ossa (1617 m), ukryta głęboko w Parku Narodowym Cradle Mountain – Lake St Clair.
Ta izolacja sprawia, że wielu turystów sądzi, iż jedyną możliwością zdobycia Ossa jest przejście słynnego Overland Track – 65-kilometrowego trekkingu przez najwyższe partie parku. Można jednak podejść także inną drogą – Arm River Track – choć w praktyce przypomina to raczej maraton.
Po nieludzko wczesnej pobudce ruszyłam z Mole Creek. Po kilkudziesięciu kilometrach asfaltu skręciłam w drogę gruntową prowadzącą w głąb lasu. Australijczycy traktują takie drogi jak codzienność. Dla mnie wciąż są one lekkim wyzwaniem. Po kilkunastu kilometrach dotarłam na niewielki parking na wysokości około 740 metrów. Już pierwsze kilometry szlaku dały się we znaki – ścieżka stromo wspinała się przez wilgotny las. Na jednym z drewnianych pomostów stanęłam jednak jak wryta. Pod deskami, zwinięty w idealną czarną spiralę, spał dorodny tiger snake.
Nawet nie drgnął na dźwięk moich kroków. Licząc na to, że w chłodnym porannym powietrzu nie jest jeszcze zbyt aktywny, zebrałam się na odwagę i przeszłam nad nim. Na szczęście nie protestował. Po 12 kilometrach dotarłam do New Pelion Hut – jednego z głównych schronisk na trasie Overland Track. Moje pierwsze wrażenie było dość zaskakujące. Przed schroniskiem rozciągała się ogromna, płaska przestrzeń.
Przez chwilę pomyślałam nawet: czy ja w ogóle jestem w górach? Chwilę później krajobraz zaczął jednak odsłaniać swój urok. Z mgły zaczęły wyłaniać się urwiska Mount Oakleigh, a drewniana weranda schroniska skrzypiała pod stopami turystów przygotowujących poranne śniadanie. Nie było jednak czasu na długie kontemplacje. Po krótkiej przerwie ruszyłam dalej, w stronę Pelion Gap. Stamtąd odbiłam w kierunku szczytu.
Ostatnie kilometry prowadziły przez jeden z najpiękniejszych górskich krajobrazów, jakie widziałam w Australii. Zielone zbocza wyglądały niemal jak starannie zaprojektowany ogród: kamienne ścieżki, niskie krzewy i płaty trawy przypominające alpejskie hale. Na wierzchołku licznik pokazał 19,5 km od startu. Powrót tą samą drogą oznaczał niemal 40 kilometrów marszu w jeden dzień. Technicznie mniej niż maraton. Ale nogi miały w tej sprawie zupełnie inne zdanie.
Mount Kosciuszko – najwyższy, najbardziej znany… i najbardziej mylący
We wstępie wspomniałam, że Mount Kosciuszko (2228 m) miałam już kiedyś na koncie. Tamto wejście – szybkie „tam i z powrotem” z Charlotte Pass – było jednak raczej turystycznym spacerem niż prawdziwą górską przygodą.
A przecież to najwyższy szczyt nie tylko Nowej Południowej Walii, ale całej Australii. Postanowiłam więc wrócić tu jeszcze raz – tym razem w bardziej „honorny” sposób. Najlepiej symbolicznie. Na Australia Day. Zaplanowałam długą trasę zaczynającą się w Thredbo. Wyruszyłam bardzo wcześnie rano, zanim temperatura zdążyła przekroczyć zapowiadane trzydzieści stopni.
Pierwszy odcinek prowadzi stromym zboczem do górnej stacji wyciągu Eagles Nest – najwyżej położonej restauracji w Australii. Większość turystów dociera tu wyciągiem krzesełkowym, oszczędzając nogi. Ja postanowiłam zacząć klasycznie – od samego dołu. Po około godzinie i piętnastu minutach marszu minęłam stację wyciągu. Dalej szlak łagodnieje i prowadzi przez charakterystyczny dla australijskich Alp krajobraz torfowisk, alpejskich łąk i porozrzucanych głazów.
Po drodze znajduje się punkt widokowy na Cootapatamba Lake – najwyżej położone jezioro w Australii. Po dziesięciu kilometrach szlak osiąga Rawson Pass. To miejsce ma jeszcze jedną osobliwość: znajduje się tu najwyżej położona publiczna toaleta w całym kraju. Dalszy fragment prowadzi łagodnym trawersem na wierzchołek.
Na szczycie, oznaczonym punktem triangulacyjnym i tablicą informacyjną, pozwoliłam sobie na chwilę dumy – w końcu to góra nazwana przez Polaka. Pierwszym zdobywcą w 1840 roku był Paweł Edmund Strzelecki, który uznał, że jej kształt przypomina krakowski Kopiec Kościuszki. Do dziś pozostaje tajemnicą, z której strony patrzył. Tego dnia nie poprzestałam jednak na jednym wierzchołku.
Zamiast wracać tą samą drogą, ruszyłam dalej granią Main Range, schodząc do Blue Lake i Hedley Tarn, a następnie przez Charlotte Pass wróciłam do stacji wyciągu i zeszłam z powrotem do Thredbo. W sumie wyszło niemal czterdzieści kilometrów i dwanaście godzin marszu.
Mount Woodroffe – niedostępne serce Outbacku
Jeśli Mount Kosciuszko jest najbardziej znanym szczytem Australii, to Mount Woodroffe (1435 m) należy do najbardziej niedostępnych. Leży on na terytorium Anangu Pitjantjatjara Yankunytjatjara (APY) – autonomicznym obszarze rdzennych mieszkańców Australii, obejmującym około dziesięciu procent stanu Australia Południowa.
Wstęp na ten teren jest możliwy wyłącznie po uzyskaniu specjalnego pozwolenia. Jeszcze kilka lat temu niewielka firma turystyczna organizowała raz w roku wyprawę na szczyt. Do jednej z takich ekspedycji dołączyłam. Nasza grupa liczyła około piętnastu osób.
Transport terenówkami z Yulary zajął kilka godzin jazdy przez bezdroża. Noclegi spędzaliśmy w obozie niedaleko podnóża góry. Spaliśmy w swags – charakterystycznym australijskim wynalazku, który nadal trudno mi w pełni zrozumieć. To coś pomiędzy śpiworem a namiotem, ciężkie jak pół plecaka, a mieszczące dokładnie jedną osobę. W nocy słychać było wycie dingo, a w okolicznym buszu krążyły dzikie wielbłądy. Temperatura po zachodzie słońca spadała gwałtownie, ale mimo wszystko był tu jeden luksus: prysznic.
Trzeba było co prawda samodzielnie zagrzać wodę w wiadrze na ognisku i zanieść ją do prowizorycznej kabiny, ale na outbackowe warunki było to niemal spa. Podejście na szczyt odbywało się na własną rękę. W przeddzień organizatorzy podwieźli nas do podnóża góry, żebyśmy mogli zaplanować trasę. Następnego dnia o świcie każdy ruszył w swoją stronę.
Szlak oczywiście nie istnieje. Podejście prowadziło przez luźne czerwone kamienie i kępy spinifexu – kolczastej rośliny, której ostrość trudno opisać słowami. To właśnie wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, że powiedzenie „w Australii wszystko próbuje cię zabić” nie dotyczy tylko zwierząt. Rośliny też mają w tej konkurencji spore osiągnięcia. Na szczyt dotarłam po około półtorej godziny. Początkowo wierzchołek spowijała niska chmura, ale z czasem krajobraz zaczął się odsłaniać. Na horyzoncie pojawiły się charakterystyczne sylwetki monolitów – Mount Conner, a daleko w oddali nawet Uluru.
Mount Meharry – długa droga na szczyt
Kolejnym celem był Mount Meharry (1249 m) – najwyższy szczyt Australii Zachodniej. Choć sama góra nie jest szczególnie wymagająca, dotarcie do niej wymaga sporej determinacji. Najpierw lot do Port Hedland, potem kilkaset kilometrów jazdy przez pustynny krajobraz, nocleg w klasycznym outbackowym roadhouse, a następnie kolejne godziny na drogach gruntowych.
W końcu droga skręca w kierunku góry. Do pewnego miejsca można podjechać samochodem z napędem 4x4. Dalej zaczyna się stromy podjazd po luźnym łupku. Na sam szczyt można wjechać – ale wymaga to prawdziwych umiejętności terenowych. Ja zaparkowałam samochód i resztę drogi pokonałam pieszo. Podejście zajęło nieco ponad godzinę.
Na wierzchołku znajduje się klasyczny zestaw: kamienny kopiec, punkt triangulacyjny, księga wpisów oraz tablica informacyjna. Widoki nie są spektakularne w alpejskim sensie. Ale robią wrażenie swoją skalą. Aż po horyzont ciągną się kolejne pasma wzgórz w odcieniach ochry, rdzy i brązu. Przez cały dzień nie spotkałam ani jednej osoby.
Mount Zeil – trawa, która chce cię zabić
Najtrudniejszy szczyt z całej listy State8 czekał jednak dopiero na końcu. Mount Zeil (1531 m) – najwyższy punkt Terytorium Północnego – leży w odległym paśmie MacDonnell Ranges. Nie prowadzi na niego żaden szlak. Do jego podnóża można dotrzeć tylko nielicznymi drogami przez tereny hodowlane.
Tym razem towarzyszył mi mój chłopak D., dla którego była to pierwsza poważna wyprawa górska. Brak szlaku oznaczał jedno: powolne poruszanie się w terenie. Postanowiliśmy więc rozłożyć wyprawę na dwa dni i zabrać sprzęt biwakowy. Już pierwsze godziny marszu pokazały, że nie będzie łatwo.
Zbocza góry pokryte są gęstymi kępami spinifexu, który D. bardzo szybko ochrzcił mianem assassin grass – „trawy-mordercy”. Kolce przebijają spodnie, stuptuty, a nawet buty. Najlepiej jeszcze odłamać się i zostać w ciele ofiary. Po siedmiu godzinach marszu pokonaliśmy zaledwie siedem kilometrów. Zdecydowaliśmy się rozbić namiot na niewielkiej przełączce. Rano ruszyliśmy dalej – tym razem na lekko. Ostatnie cztery kilometry zajęły nam kolejne dwie godziny. Na wierzchołku czekał niewielki kopiec kamieni i instalacja z anteną radiową. Zapewniała ona może metr kwadratowy cienia – luksus w temperaturze przekraczającej czterdzieści stopni.
Widok ze szczytu był jednak wart wysiłku. Wokół ciągnęła się skalista grań MacDonnell Ranges, a w oddali majaczyły kolejne szczyty. W księdze wpisów ostatnie nazwiska pochodziły sprzed ponad dwóch tygodni. Jedno z nich należało do osoby, którą spotkałam kilka miesięcy wcześniej na Mount Woodroffe. To chyba najlepiej pokazuje, jak niewielu ludzi dociera na ten szczyt.
Urszula Jeleń
Nie ma jeszcze komentarzy do tego artykułu.
-
PRACA | dam
ZATRUDNIĘ DORYWCZO OPERATORA KOPARKI. 608 806 408
-
PRACA | dam
ZLECĘ WYKONANIE FASAD I ODWODNIEŃ NA 3 BUDYNKACH W ZAKOPANEM. 608 806 408
-
PRACA | dam
Przyjmę murarza, cieśle. 604 131 899
Tel.: 604
-
PRACA | dam
ZLECĘ PRACE OGÓLNOBUDOWLANE W KOŚCIELISKU. 608 806 408
-
NIERUCHOMOŚCI | wynajem
DO WYNAJĘCIA MIESZKANIE 38 m2 i 50 m2 W CENTRUM NOWEGO TARGU, UL. KRZYWA, STANDARD DO ZAMIESZKANIA, NOWE, ŚWIEŻE. 608 806 408
-
NIERUCHOMOŚCI | wynajem
ZAKOPANE - KOŚCIELISKO DO WYNAJĘCIA KOMFORTOWE, WYPOSAŻONE MIESZKANIA 35-38m2. 608 806 408
-
USŁUGI | budowlane
TYNKI I WYLEWKI MASZYNOWE tanio i solidnie, zacieranie mechaniczne, technika silosowa. Realizujemy małe i duże obiekty 18 26 550 39, 503 532 680.
-
SPRZEDAŻ | różne
Sprzedam GOBELIN - pejzaż zimowy - (145/80). TORBY JUHASKIE. Tel. 793 887 893
-
SPRZEDAŻ | różne
NOWE KILIMY RĘCZNIE TKANE (z owczej wełny). Wzór: jarzębina (60/80). Tel. 793 887 893
-
PRACA | dam
Zatrudnię pracowników budowlanych ekipy. 601 508 736.
-
USŁUGI | inne
WYCINKA, PRZYCINKA DRZEW W TRUDNYCH WARUNKACH - 691 317 098.
-
PRACA | dam
NIEMCY: brygadzista do 5000 Euro, kranista do 4000 Euro, murarz cieśla do 3600 Euro, malarz ocieplenia elektryk spawacz do 2700 Euro. Umowa na warunkach niemieckich. 0048 575-001-116
-
SPRZEDAŻ | zwierzęta
Szczenięta OWCZARKI PODHALAŃSKIE. 788 679 465.
-
PRACA | dam
Praca na budowie, elewacje, budowa od podstaw, wykończenia, Zakopane i okolice. 500160574
Tel.: 500160574
-
NIERUCHOMOŚCI | sprzedaż
Sprzedam DOMY po 100 m2 - Klikuszowa, koło Centrum Narciarstwa. 608 729 122.
-
BIZNES
Wydzierżawię działkę w Ludźmierzu przy trasie Nowy Targ-Czarny Dunajec lub przyjmę reklamę. 608 729 122.
-
PRACA | dam
Przyjmę MURARZY. Praca Polska, Niemcy. 608729122.
-
USŁUGI | budowlane
BUDOWY DOMÓW OD PODSTAW, STANY SUROWE OTWARTE, DACHY, ELEWACJE. 608729122.
-
PRACA | dam
Restauracja Siwy Dym w Rabce-Zdrój zatrudni: KUCHARZA KUCHNI ZIMNEJ ORAZ GORĄCEJ. Praca na stałe lub dorywczo. CV na: rabka@siwydym.pl Informacje pod numerem 887 080 004
-
NIERUCHOMOŚCI | sprzedaż
DZIAŁKA UZBROJONA W ŁOPUSZNEJ. 506 525 884.
-
NIERUCHOMOŚCI | wynajem
Do wynajęcia LOKAL 50 m2 (pod zakład fryzjerski lub pod inna działalność) oraz LOKAL 25 m2 - I piętro - Łapsze Niżne, Delikatesy "Centrum". 504 230 942.
-
PRACA | dam
Zatrudnimy STERNIKÓW PONTONOWYCH na Dunajcu tel. 608806030 info@fun-time.pl
-
NIERUCHOMOŚCI | sprzedaż
ZAKOPANE - STYLOWY DOM (zadbany, urządzony), na działce 3000 m, widok na góry - 607 506 428.
-
USŁUGI | budowlane
MALOWANIE DACHÓW I ELEWACJI. 602 882 325.
-
USŁUGI | budowlane
OGRODZENIA, www.hajdukowie.pl. 692 069 284.
-
SPRZEDAŻ | różne
DREWNO KOMINKOWE. 501 577 105.